sobota, 4 lutego 2017

Akcja regeneracja

Ostatnio mam za zadanie nauczyć się odpoczywać i relaksować. Okazało się ,że jest to niezwykle trudne.
Jako formę relaksu i odpoczynku zrobiłam dzisiaj dzień spa dla ciała i twarzy.
Pewnie kiedyś zrobię dokładny opis pielęgnacji twarzy , chociaż nie jest on jakiś odkrywczy, bo staram się trzymać metody koreańskiej. Ale mogę podzielić się kosmetykami , których  używam i polecam.

Wielką przyjemność sprawiają mi wszelkiego rodzaju peelingi i maseczki do twarzy i ciała. Dzisiaj po raz pierwszy użyłam białej  glinki francuskiej do zrobienia samodzielnie. Glinkę zakupiłam w biomarkecie ( w którym od czasu do czasu zaopatruję się kosmetyki) ,kosztowała ok 7 zł. Dodałam do niej wodę i olejek arganowy , którym czasem nawilżam na noc buzię. Minusem glinki jest to ,że się mocno kruszy i można pobrudzić sobie mieszkanie( jeśli wykonuje się glinkowanie całego ciała)
Po zabiegu twarz i ciało mocno wyczyszczone i gładkie , wskazane dodatkowe nawilżenie ciała.



Używam od czasu do czasu węglowej maseczki himalajskiej z The Body Shop, cena ok. 90 zł , na bardzo długo wystarcza i bardzo dobrze złuszcza, oczyszcza i detoksykuje  całe ciało. Ja stosuje również na twarz. Czytałam ,że taką maseczkę można wykonać w domu samodzielnie. Jeszcze nie próbowałam. Jedynym minusem jest to ,że trudno się ją zmywa z ciała ,a druga sprawa dotyczy tego , że  brudzi wannę/prysznic - później wielkie szorowanie.


W biomarkecie  do oczyszczania zakupiłam również korund kosmetyczny - koszt ok 5 zł , jest to baza pod samodzielnie wykonany peeling, jej skład to  tlenek glinu , który jest stosowany w salonach kosmetycznych do mikrodermabrazji. A sami wiemy ,że bardzo dobrze oczyszcza,złuszcza,usuwa martwy naskórek i  poprawia krążenie skóry Nie stosować często , bo można sobie uszkodzić skórę.

Gustuję w maseczka z firmy Avon Planet spa , mam właściwie wszystkie - energetyzujące, odżywcze, rewitalizujące,nawilżające, oczyszczające,odprężające..... używam 2 razy w tygodniu. Wcześniej zazwyczaj robię peeling enzymatyczny. Lubię ten z ZIAJI.

Ale tak najbardziej to lubię te maski, które są w płachtach. Cieszę się ,że są już teraz tak bardzo dostępne. Najczęściej kupuję w TK Maxx lub Super Pharmie.

Dbajcie o buziaka, w każdej porze roku :)









niedziela, 1 stycznia 2017

Podsumowanie 2016 roku i Mapa Marzeń 2017

Każdego roku 1 stycznia rozpoczynamy pisać swoją książkę, która ma 365 stron (lub 366). To od nas zależy jak będzie jej treść, przygody,emocje, marzenia,spotkania, podróże...to my decydujemy czy będzie to tom ,który chcemy czytać i wspominać z zapartym tchem.

Co roku spisuje marzenia/cele/wyzwania i co roku je podsumowuje. 

2016 był rokiem pod tytułem "PRACA" - ale tytuł nadałam tej książce dopiero wczoraj, kiedy podczas ostatniego biegu rozmawiałam o tym z moim Jacą i stwierdziliśmy ,że był to w pełnym tego słowa znaczeniu rok bardzo PRACOWITY. 





Rozdział : "Rodzina"  - ciągle brakuje czasu ,aby spędzać go w gronie rodzinnym , w moim ukochanym Lu. Niestety nie ma go tak dużo również w relacjach z Mężem - zawsze chciałoby się więcej i więcej i każda wolna chwila jest świętością. To jest moje ogromne marzenie ,aby tego czasu było więcej dla nas samych.



Rozdział :" Sport" tutaj działo się wiele - udało mi się zrobić ponad 150 treningów fitnessowych - a założonych było 130 . Przebiegłam 400 km - tu akurat jestem niezadowolona, bo to bardzo mało :( , ale nie miałam czasu na dłuższe wybiegania. Pocieszeniem jest nowa  życiówka i udział w większej ilości biegów ulicznych. Nie udało się zdobyć Korony Połmaratonów -  od samego początku chcieliśmy to robić Razem - ale życie nas zweryfikowało - okazało się ,że prawie na każdym półmaratonie, albo Jaca albo ja pracowaliśmy. Pomysł zaniechany - pewnie do emerytury;)
Na 21  km też udało się zejść poniżej 2h. To takie małe sukcesy, które budują coś większego. 



Rozdział : "Podróże":Tutaj wyszło ponad normę - byliśmy na weekend w Trójmieście, potem w Toruniu, w zimie pojechaliśmy do Paryża i zakochałam się w Wersalu. A wakacje spędziliśmy w naszym stylu ,czyli z plecakami przemierzając Chorwację. I odhaczam kolejne pasma górskie w Europie,które udało mi się przemaszerować. 



Rozdział :"Książki"  jestem z siebie dumna - przeczytałam 22 tytuły :)

Oczywiście tych rozdziałów mogłoby być więc, ale czasami wystarczy tylko kilka. Jestem wdzięczna, że tyle rzeczy udało mi się zrobić i osiągnąć,doświadczyć rożnych emocji i tych dobrych i tych złych, sprawdzić swój charakter i wytrzymałość. Przesuwać wciąż horyzont. 



Z przyjemnością czekam na to co mi przyniesie Nowy Rok . Wiem, że nie będą to tylko chwile szczęścia, ale każde przyjmę, bo  każde są ważne. 
A dzisiaj kreuje swoją nową mapę marzeń i z radością i ciekawością wchodzę w 2017. 
W tym roku porzuciliśmy żółte karteczki na rzecz własnie plakatu marzeń, który podpatrzyłam na FLIPOWANIU. Jakie planuję rozdziały ? 

Rozdział 1 : " Miłość i Partnerstwo " - więcej czasu dla naszej Miłości, i dla Rodziny. 
Rozdział 2 : " Mądrość" - mniej przejmowania się pracą, oraz poddanie się testowi silnej woli 
( o czym niebawem napiszę ,na razie przygotowuje się mentalnie) 
Rozdział 3 : " Zdrowie " - muszę się rozprawić z bolącym mięśniem dwugłowym oraz dalej podtrzymywać profilaktykę biodorow- kręgusłopową, odżywiać się w dalszym ciągu zdrowo i świadomie. 
Rozdział 4 : "Twórczość" - autorskie programy zawodowe.
Rozdział 5 :" Książki" - dalej utrzymuje stan 20 książek :) 
Rozdział 6:" Wiedza/Nauka" - może nowe studia? może nowy kurs :) ? 
Rozdział 7:"SPORT" - 140 treningów fitnessowych , 460 km biegania, Maraton , Pierwszy Triatlon, przesunąć granicę na 10 km i na 21 km , 2 x w miesiącu basen i ścianka.....
Rozdział 8:" Podróże" - 2 wyjazdu poza granice kraju ( pierwszy już w lutym !!!) , i takie moje marzenie weekend w Siedlisku Sobibór i wyjazd z przyjaciółmi  w polskie  góry....
Rozdział 9....10...11....życie napisze :) a ja coś dopiszę i na pewno namarzę jeszcze mnóstwo marzeń.....



Miłości, czasu , energii , spokoju i wyzwań w Nowym Roku !!!





niedziela, 11 grudnia 2016

"Wtedy stań na największej z gór..." o tym jak narodziła się pasja w kilku aktach. Akt 1.

Długo się przygotowywałam do napisania tego posta. Mimo ,że góry są moją wielką miłością, pasją , moim motywatorem, napędzaczem,sensem to tak naprawdę jest mi o nich zawsze ciężko mówić, a jeszcze ciężej pisać. Może tym razem się uda.



Pasja do gór rozpoczęła się mniej więcej w wieku 16 lat, kiedy zupełnie nieświadoma zgłosiłam się na obóz wędrowny, który trwał 3 tygodnie. Kiedy po raz pierwszy spakowałam swój plecak byłam przerażona...ważył chyba z 50 kg. Wzięłam chyba wszystko...oczywiście musiałam go przepakować. Nagle okazało się ,że zabieram nie 20 koszulek ( każda ,świeża na 1 dzień), ale muszę się wyrobić w 3 do 5. Nie mogę zabrać kosmetyczki pełnej różnych balsamów do każdej części ciała, a trzeba zabrać jeden do wszystkiego itd itd.... udało się, spakowałam się , plecak ważył połowę mniej. Dzisiaj wiem ,że wystarczy mi jeszcze mniej rzeczy, potrafię się spakować w kilka minut.

Obóz był niezłą szkołą przetrwania, większość moich znajomych w trakcie zrezygnowała, wróciła do domu. Nie dawali rady nieść plecaka i jeszcze dodatkowych rzeczy takich ja prowiant dla grupy, naczynia ,aby moc przyrządzić jedzenie na ognisku, czasami też rzeczy kolegi czy koleżanki, która nie daje rady ,ale walczy ze swoimi słabościami .

Podobało mi się coraz bardziej, podobało mi się ,że wszystko czego potrzebujesz masz na swoich plecach. Podobało mi się ,że każdego dnia dochodzisz do celu i tak naprawdę nie wiesz gdzie będziesz spał , a spaliśmy wtedy i w schroniskach ( to był luksus ) ,ale też w parku na nielegalu , gdzie trzeba było się szybko rozbić z namiotem i jeszcze szybciej zwinąć nad ranem.

Nauczyłam się ,że w górach nie można być tylko dla siebie, że trzeba tez czasami zrobić posiłek dla reszty, ustąpić w kolejce do mycia, pomóc w spakowaniu,złożeniu śpiwora.
Nauczyłam się prostych rzeczy - takich jak rozbicie namiotu w kilka minut niezależnie od pogody. Wiem jak sobie poradzić bez problemu z rozpaleniem ogniska w każdych warunkach, jak przebrać się w namiocie teoretycznie 3 osobowym a praktycznie 4 osobowym. Poradzę sobie z myciem bez dostępności łazienki i  z różną temperaturą wody.




To było cudowne doświadczenie, a ja z każdym dniem wiedziałam ,że to jest TO. TO  co mnie pociąga, co mnie kręci, napędza,daje mnóstwo energii i pokazuje jak na dużo mnie stać. Mimo ,że przeszłam ponad 300 km, schudłam do granic możliwości , nie dojadałam,nie dosypiałam ,chodziła niedomyta to było własnie TO. I tak się zaczęło....

Zaczęłam czytać mnóstwo książek o tematyce górskiej. Rutkiewicz, Kukuczka,Wielicki - moje górskie autorytety. Rozpoczęłam pracę z mapą - przyglądałam się gdzie są te wszystkie szczyty, które oni kiedyś zdobywali, uczyłam się sloganu górskiego, powoli kompletowałam profesjonalny sprzęt górski. Czułam jak pasja rośnie we mnie.



W liceum jeździłam w Bieszczady , poznawałam polskie góry , te dzikie , niesamowite, o każdej porze roku. Bez problemu maszerowałam na Tarnicę, czy Połoniny, myłam się w strumyku, jadłam jedzenie przyrządzone na palniku turystycznym, spałam w namiocie w deszczu i w totalnym skwarze.

Potem na studiach zdobywałam systematycznie Koronę Gór Polskich. Ciągnęłam znajomych w te moje góry, ale przyznam ,że już wtedy powolutku realizowałam swój plan....swoje marzenie....swój nad poziom marzeń....wiedziałam,ze chcę na Blanca.....


Studia to czas kiedy nie było roku ,abym nie była w Tatrach....bywał czas, ze w piątek brałam plecak,  i wracałam dopiero w poniedziałek na zajęcia . Wszystko po to ,aby się napałać Tatrami.


Zakopane znam jak własną kieszeń, nie ma takiej możliwości ,abym nie wiedziała ,gdzie jestem. Na szczęście zostało mi to do dzisiaj. I o dziwo pierwszym wspólnym wyjazdem z moim mężem ( wtedy chłopakiem) było Zakopane i Tatry - był pod wielkim wrażeniem ,tego  jak dobrze znam te tereny.

W Tatrach jestem zakochana po dziś dzień. Uważam je za najpiękniejsze góry w Polsce. Są majestatyczne, tajemnicze,niebezpieczne,zachwycające...najpiękniejsze są własnie teraz ,kiedy mają ośnieżone szczyty...

W między czasie w polskim himalaizmie pojawił się Piotr Morawski, Kinga Baranowska....czytałam każdy wpis na ich stronach, mocno przezywałam wyprawy i mocno przeżyłam śmierć Piotrka.

Przyszedł czas na Rysy. Był czas,pogoda sprawdzona, w między czasie miałam operację ręki, ale wiedziałam ,że to nie może popsuć moich planów. Na szczyt weszłam ze szwami na ręce. Pamiętam,  że spałam razem z moim przyjacielem w schronisku pod MOKiem , już któryś raz próbowaliśmy wejść na Rysy, ale zawsze pogoda psuła nam szyki. Sen był masakrą - spałam sama w schronisku z jakimiś 20 facetami, którzy całą noc chrapali ! Ci co mnie znają wiedzą, ze abym się wyspać muszę mieć absolutną ciszę  - od tego czasu zawsze zabieram w góry zatyczki.
Rano ok 5 wyruszyliśmy na szlak. Szło się bardzo fajnie, prułam do góry niczym kozica, szczyt zdobyty ok. 9 rano, potem zejście , i najlepsze piwo pod słońcem, którego smak pamiętam do dzisiaj. Pod koniec zejścia , plątały mi się nogi. Jak przez mgłę pamiętam ,że albo wyrżnęłam klina, albo się mocno potknęłam ,ze pozdzierałam kolana. Nie zraziło mnie to. Pokazało ,to o czym pisali moi idole, ze zejście jest zawsze trudniejsze niż wejście. A to dopiero Rysy....zaledwie 2499 m nad poziom marzeń....malutki krok do mojego MARZENIA....



A o kolejnych górach niebawem....;)

wtorek, 27 września 2016

Jesienne wspomagacze

Jesień lubię czasami - kiedy jest w miarę ciepło, kiedy liście mienią się kolorami ,a ja mogę biegać po lesie i kiedy pada deszcz wtedy  piję gorącą  herbatkę w domu i jestem z Jacą.

Jesieni nie lubię za zbyt krótkie dni ,chlupę,  szarugę i za przeziębienia...dlatego często wspomagam się naturalnymi dopalaczami.

W pierwszej kolejności jest to mój eliksir - woda przegotowana z miodem zalana wieczorem,( nie wrzątkiem) rano dodaję cytrynę i dolewam ciepłej,przegotowanej wody - wypijam codziennie przed śniadaniem. 

W ciągu dnia raczę się herbatą..dużą ilością herbaty - nie lubię czarnej ,ale ubóstwiam białą, sypaną, liściastą. Zaparzana w temperaturze 90 - 80 stopni, następnie posłodzona, miodem. Biała herbata ma bardzo dużo witaminy C, wspomaga koncentrację ,ale jednocześnie działa pobudzająco i odświeżająco ( jeśli chcesz odstawić kawę to biała herbata jest bardzo dobrym zastępnikiem), chroni przed wolnymi rodnikami i działa antynowotworowo. Żałuję ,że tak mało jest jej do wyboru - właściwie w bardzo dobrej herbaciarni mogę dostać jedynie 3 smaki:( . Nie polecam picia białej herbaty z torebek ! Nie ma zupełnie smaku.





Mikstura bogów - starty imbir zalany wrzątkiem, plasterek cytryny i duża łyżka miodu, nic więcej! pychaaaa !!! 



W drugiej kolejności - Miód - naturalny, o rożnym smaku - gryczanym, lipowym ,malinowym  - u nas w domu miodu jest bardzo dużo ,zużywamy go właściwie do wszystkiego ,ale najczęściej do herbaty. ( białej oczywiście ;) ) Cukier posiadamy jedynie kokosowy.



Następne odkrycie to syrop z młodych pędów  sosny zrobiony przez Teściową ze 100% naturalnych  składników - działa profilaktycznie na przeziębienia ,gardło ,kaszel ,wzmacnia odporność ,pomaga zwalczać pierwsze objawy jesiennego choróbska. Najlepiej pić go 3-4x dziennie po łyżeczce.



I na koniec złote zasady : 
-  zdrowe jedzenie - dobrze by było ,aby pochłaniać 5 posiłków dziennie ,dużo koktajli ,warzyw ,ryb i trochę mięsa ; 
- ruch - nieważne ,że pada - zawsze można pójść na salę fitness albo na siłownię ,ale i tak jestem zwolennikiem hartowania organizmu na dworze ,mogę biegać nawet przy minus 15 . 
- sen - dużo snu , regularnego ,sypiam 7-8 h ,inaczej nie potrafię funkcjonować 
- i najważniejsze MIŁOŚĆ ! ciepło i bliskość kochanej Osoby :)




wtorek, 30 sierpnia 2016

Chorwacja "nie po polsku" część 3

Powoli zacierają się wspomnienia związane z wyjazdem, dlatego trzeba je szybko spisywać.
Po górskich przygodach należał się smażing, plażing , nuding - w naszym wypadku na plaży możemy spędzić maksymalnie dwa dni, potem przychodzi nuda.

MAKARSKA
W celu plażingu udaliśmy się tam, gdzie jest najwięcej Polaków czyli do Makarskiej - miejscowości typowo nastawionej na nadmorskie klimaty i wydawanie pieniędzy na bzdury.
Makarska jest celem wyjazdu wielu Polaków - jest ich tutaj po prostu ogrom, czasami wręcz się zastanawiasz czy ,aby na pewno jesteś za granicą bo język ojczysty pojawia się na każdym kroku.
Makarska ma kilka plaż - jedne są typowo kalifornijskie - z ratownikiem na podwyższeniu,  atrakcjami dla dzieci i dorosłych z głośną muzyką. My znaleźliśmy taką , na której było mało ludzi,a i woda była czysta pełna rybek i jeżowców - dlatego wskazana maska do nurkowania ,aby podziwiać podwodny świat oraz buciki do chodzenia po plaży i wodze, gdyż dno jest mocno kamieniste.
Makarską pamiętam jako miejsce totalnego luzu - leniwe śniadania na tarasie, potem opalanie i pływanie, czytanie książek w pełnym słońcu , wieczorem słuchanie szumu morza przy zachodzącym słońcu.


DUBROVNIK
Dubrovnik jest jednym z najpiękniejszych miast jakie kiedykolwiek widziałam w swoim życiu. Obowiązkowe  zwiedzanie dla każdego podróżnika. Urokliwe stare miasto ,z przepięknymi kamienicami, cudowne pomarańczowe zabudowy widziane z murów miasta, przepyszne lody, plaże na skałach w środku miasta, błękitna woda ze statkami ,które płyną nie wiadomo dokąd i skąd....poezja. Udało nam się ulokować w miejscu troszkę oddalonym od centrum ,ale blisko plaży - wieczorami chodziliśmy nad wodę i rozmawialiśmy o wszystkim i niczym.Powstały nowe plany na kolejne wyjazdy. Uwielbiam takie chwile.



ZAGRZEB
Ostatni punkt ma mapie Chorwacji należał do stolicy. Wpadliśmy wieczorem do miasta i byłam przerażona -  kompletny chaos, brudno ,szaro...jedynie katedra zrobiła na mnie wrażenie. Jednak jak to jest w  życiu pierwsze wrażenie bywa mylące i następnego dnia miasto wyglądało zdecydowanie lepiej  - poza wspomnianą katedrą ,urzekł mnie dworzec kolejowy oraz budynki muzeów i liczne kamienice. Widać ,że miasto potrzebuje jeszcze czasu na to ,aby wyglądać zdecydowanie lepiej - jest potencjał.


Każda podróż kształci i chociaż wiem ,że zdanie wyświechtane, to prawdziwe. Każdy wyjazd jest inny, raz sprawdza nasz charakter , innym razem uczymy się czegoś nowego. Dlatego podróżujmy, chociażby po to ,aby zachować chłonność umysłu i łapać chwile, bo wszystko pędzi zdecydowanie za szybko.





niedziela, 21 sierpnia 2016

Chorwacja "nie po polsku" cz. 2

Po kilku dniach spędzonych w Zadarze , gdzie wieczorami chłonęliśmy każdy cudowny zachód słońca, przyszła pora na kolejny etap naszej podróży - GÓRY.

KNIN
Aby udać się na najwyższy szczyt Chorwacji - Dinarę ( 1830 m. n.p.m ) trzeba dojechać do miejscowości Knin - która w okresie średniowiecza było stolicą Królestwa Chorwacji. Toczyły się tutaj walki serbsko - chorwackie. Do zwiedzania jest Twierdza, która góruje nad Knin. Ogólnie miejscowość jakich wiele u nas w Polsce , bez WOW , po prostu mili ludzie, bardzo pomocni , uśmiechnięci, mocno zdziwieni dwójką ludzi z plecakami.

Pierwszym naszym zadaniem było znalezienie informacji turystycznej i zakupienie mapy ...i pierwszy zonk - nie ma mapy na Dinarę . No nic lecimy dalej do naszego hotelu , oddalonego o 3 km od centrum,ale stosunkowo blisko do szlaku. Hotel surowy , ale czysty i pracownicy bardzo pomocni. Niestety bazowaliśmy na mapach i relacjach z neta , co okazało się w naszym przypadku  nie do końca pomocne...chyba nawet pokrzyżowało nam plany, bo ostatecznie na Dinarę nie weszliśmy.
A dlaczego ? na jednej z nielicznych  relacji internetowych błędne ktoś podał  nazwę miejscowości do której z rana miał nas zawieźć samochód - nasz kierowca wywiózł  nas tam gdzie mu podaliśmy ,ale to nie było to miejsce ,które odpowiadało opisowi z internetu ,a chłopak mniej więcej w naszym wieku , może młodszy nic , kompletnie nic nie mówił po angielsku ;/ .Myślę ,że ważne jest również to ,iż Chorwaci raczej nie chodzą po górach , nie ma tam takiej kultury i rozwiniętej turystyki górskiej , a szkoda, bo góry są naprawdę piękne. Ale wracając do Dinary - zostaliśmy wysadzeni z samochodu w totalnej d...ie . Chociaż było pięknie patrzeć wczesnym porankiem na budzące się góry. Na kamieniu znaleźliśmy napis DINARA i strzałkę i ruszyliśmy, ale zanim to się stało - spojrzeliśmy na mapę ściągniętą z internetu, z drogami na szczyt i okazało się ,że jesteśmy na trasie o której nie wiemy kompletnie nic , bo nikt jej w sieci nie opisał. Jesteśmy na najgorszej z możliwych tras.A czas nas naglił , bo tego samego dnia mieliśmy transport do Makarskiej . Trasa, którą mieliśmy iść miała nam zająć ok 5h , ta nie wiadomo ile ,ale na pewno znacznie dłużej .  Trudno - skoro tutaj jesteśmy , lecimy w góry. Wspomnę tylko ,że nie było tam żadnej żywej, ludzkiej duszy .... nikogo ! Jeśli coś by się wydarzyło, to może za dwa tygodnie by nas ktoś znalazł :) ,wiec już było hardcorovo.


Przez jakiś czas ok 45 minut szło się całkiem nieźle ,droga taka ładna, szeroka, widać ,że coś się tutaj dzieje , co jakiś czas zerkamy na kamienie  na których  jest zaznaczony szlak , razem z dziwnymi taśmami zwisającymi z drzew. Idziemy, idziemy i dochodzimy do opuszczonej ,zniszczonej,spalonej osady... poczułam się jak w jakimś horrorze, od razu wyobraźnia działa na wysokich obrotach i przed oczami stoją mi źli ludzie, którzy zaraz nas zasztyletują. Uczucie bardzo niefajne, bardzo niespokojne , już wiemy ,gdzie prowadziła ta droga ,własnie do tej mini wsi , na której było ok 5 gospodarstw , które pewnie w czasie wojny zostały zniszczone. Droga się skończyła i kolejne zdziwienie co teraz , to chyba nie ta trasa ? Wracamy ! i szukamy właściwego szlaku , okazało się ,że szliśmy i kierowaliśmy się taśmami, co było błędem ,a na taśmach co sprawdziliśmy były narysowane trupie czachy i napis NIEBEZPIECZEŃSTWO - i od razu myśli w głowie ,albo jest to informacja o minach ( tutaj tez teren zaminowany) ,albo ktoś celowo powiesił taśmy ostrzegawcze, aby nie psuć komuś ciszy ( jeśli mieszkał w zaklętej osadzie ).


Po 30 minutach udało nam się znaleźć szlak - nie wiem jakim cudem , bo fatalnie jest oznaczony , na kamieniach , które są rozwalone po terenie iście nie logicznym do przejścia. Głowy pracują na wysokich obrotach bo trzeba się skupiać ,aby nie zejść ze szlaku i tak już jesteśmy w plecy z czasem. Szlak się zmienia najpierw dziwne kamienie , potem niski las - i tutaj szlaki były oznaczone jak u nas w Polsce na drzewach , potem dziki ,wysoki, gęsty las , gdzie szlak był oznaczony kubeczkami białymi, plastikowymi - albo były niedbale zawieszone na drzewach ,albo wbite gwoździem w drzewo. W sumie widoczne ,bo białe i na jakiś czas nie musieliśmy tak dokładnie szukać trasy. Jednak ciągle mamy poczucie ,że nie zdążymy zejść do Knin, dodatkowo ja czuje niepokój będąc w tym lesie . Las robi się gesty , zmysły działają na wysokich obrotach , ciągle mi się wydaje ,że ktoś mnie obserwuje , cały czas słyszę las , łamiące się gałęzie, gdzieś tam jelenie przebiegają w niedalekiej odległości, wyobrażam sobie wilki i niedźwiedzie. Las robi się coraz bardziej gęsty a mi serce walki tak , że słyszę każde jego  uderzenie. Ale idziemy dziarsko, do pewnego momentu , który przeważył o naszym powrocie - las był już bardzo gęsty, właściwie przedzieraliśmy się przez chaszcze i porozwalane drzewa , czas wędrówki nam się bardzo spowolnił , doszliśmy na wysokość 1100 o czym nas poinformował wysokościomierz i kolejny zonk - znaleźliśmy się w takim wąwozie , w  którym były połamane drzewa - widok jak po burzy czy huraganie, jak ze ZJAWY , kubeczki ,które powinny nam wskazywać drogę , gdzieś zaginęły , zapewne były na tych rozwalonych drzewach , a te ciągnęły się chyba ze 300 metrów!!!  Decyzja zapadła - wracamy ! Nie ma szans , abyśmy się przedarli i się nie zgubili , tym bardziej ,że cały czas masz z tylu głowy ,że teren zaminowany , że zwierzęta , że nikogo tutaj nie ma i chyba nikt tędy nie szedł od kilkunastu miesięcy, że czas i bilety już kupione do Makarskiej.

Schodzenie też  wymagało  koncentracji , kilka razy gubiliśmy szlak , słońce grzało coraz bardziej , zmysły cały czas świrowały, stres trochę paraliżował . Pierwszy raz czułam taki niepokój w górach , miałam przeświadczenie, że znajduje się na nie swoim terenie i ten ktoś mnie tu nie chce, zakłócam spokój i rytm tej dziczy. Na pewno przekroczyłam strefę własnego komfortu , na pewno miałam niesamowite wsparcie ze strony Męża,który mądrze później nam wytłumaczył naszą porażkę związaną z tym ,że nie stanęliśmy  na  wydawać by się mogło łatwym szczycie i odwołał się do autorytetu Wojtka Kurtyki, który wiele razy się wycofywał z gór. Coś było nie tak z tymi górami skoro obydwoje mieliśmy uczucie niepokoju. Najważniejsze, że nic się nie stało ,a my wyszliśmy bogatsi o doświadczenie pokory wobec natury i gór, bogatsi o nowe emocje, może uśpione, a teraz obudzone, świadomi , że to my byliśmy gośćmi i jednocześnie intruzami w tym lesie, zapewne te wszystkie zwierzęta nie często widzą ludzi.

Każde z nas na swój sposób przeżyło tą dziką, niebezpieczną ? przygodę . I to jest też wspaniałe ,że udało nam się to przyjąć na klatę i dało mnóstwo emocji i spraw do przemyślenia. Pewnie po to, też była ta przygoda. Doszliśmy na wylotówkę i nie spotkaliśmy żywej duszy,po 10 minutach złapaliśmy stopa, który po nas zawrócił. Zabrało nas małżeństwo Chorwatów, które było bardzo zdziwione, że w Chorwacji chodzimy po górach ,wzięli nas za parę studentów, więc się dziwili ,że już dawno nimi nie jesteśmy i ,że jesteśmy małżeństwem. W hotelu szybki przepak i lądujemy na prlowskim  dworcu w Knin.


Coś duży wpis wyszedł o Dinarze, nie zmieszczę już opisu o kolejnych punktach wycieczki, więc zapraszam na część 3 :)

sobota, 20 sierpnia 2016

Chorwacja "nie po polsku " cz. 1

Chorwacja - państwo leżące nad Morzem Adriatyckim z bogatą historią, stosunkowo młode, od niedawna należące do Unii Europejskiej. Miejsce  gdzie  przyjeżdża mnóstwo Polaków, dlatego my w tym roku postanowiliśmy trochę na przekór ( jednak z małym elementem ,abym wyrobić sobie zdanie ) nie leżeć na chorwackiej plaży ,a zwiedzić jej zachodnie krańce przemieszczając się z miejsca na miejsca z plecakiem na plecach .



ZADAR 
Pierwszym przystaniem w naszej podroży było miasto portowe Zadar leżące w północnej Dalmacji. 
Gdy tylko ruszyliśmy z dworca do miejsca noclegowego uderzyło nas ogólne zaniedbanie. Jednym słowem syf . W blokach dziury zapewne po pociskach artyleryjskich, obdarte domy, klatki schodowe,brudne ulice. Czuć nie tak odległą, przykrą historię tego miasta.  Ruszamy trochę dalej w głąb miasta i robi się przyjemniej - pojawia się roślinność śródziemnomorska i port z mnóstwem łódek, barek i pełnych przepychu jachtów. Jest gdzie posiedzieć wieczorem i podziwiać przypływające i cumujące statki i  stateczki. Mieliśmy to szczęście ,że pewnego wieczoru udało nam się zobaczyć nad zatoką pokaz fajerwerków co wyglądało niesamowicie. 



Późnym popołudniem , kiedy już zmierzchało udaliśmy się na Stare Miasto i ....zobaczyłam przepiękne kamienice umiejscowione pomiędzy wąskimi uliczkami w  których łatwo się zgubić , cudowne miejsca tętniące życiem , uliczny koncert z mnóstwem ludzi , rzymskie forum na którym rozgrywał się mecz koszykówki ( niesamowite podejście do starożytnej architektury:)) , kościoły gotyckie i romańskie....najbardziej urzekły mnie jednak morskie organy , które wydają dźwięki gdy nadchodzi fala i myślisz, że to morze daje swój koncert. 



Jedzenie w Zadarze - słabe , przynajmniej tam gdzie trafiliśmy , było bardzo niesmacznie - zupa rybna bez czegokolwiek w środku,sam wywar ! albo nawet bulion z kostki . Kolejne podejście do potrawy to oczywiście owoce morza...niestety kucharze na których trafiliśmy nie potrafili przyrządzać - gumiaste kalmary śmierdzące dymem z grilla , dodatki zimne....  kolejne rozczarowanie . Nie rozczarowały mnie natomiast lody , które jadłam w ilościach nieziemskich o różnych smakach - nutelli, ciasteczkowym ,snickersa, marsa ....niebo w gębie ! Nawet we Włoszech tak bardzo lody mi nie smakowały jak tutaj! 

PAKLENICKI PARK NARODOWY 

40 km od Zadaru są góry i piękny park narodowy . Paklenica zbudowana jest z wapnia i dolomitu - w związku z tym jest tutaj mnóstwo miejsca do wspinaczki skałkowej ponad 400 tras oraz coś dla miłośników jaskiń można się troszkę przeczołgać.  
1 Maja odbywa się tutaj Międzynarodowe Spotkanie osób uprawiających wspinaczkę wysokogórską i organizowane są przy tej okazji różne zawody we wspinaczce na czas, a skały są  o różnym stopniu trudności , my na pewno kiedyś tutaj wrócimy z uprzężami i linami. 
Szlaki po których się poruszamy są dobrze oznaczone ,ładne, urokliwe ścieżki. Nie tak zawalone ludźmi jak w polskich Tatrach ,ale jednak uczęszczane. Podobnie jak w Polsce są też PIKNIKI w japonkach :) . 

Schroniska zadbane , obowiązuje zasada ,kto pierwszy ten lepszy , nie ma systemu rezerwacji. Lokalsi górale chętni do pomocy, jednak od razu mówią " nie schodźcie ze szlaków" , my wiedzieliśmy dlaczego - ponieważ są miejsca , które mogą być jeszcze zaminowane po działaniach wojennych , które przecież nie były tak dawno. 
Z gór wracamy umordowani ,ale szczęśliwi , nocleg przewidziany w Zadarze,ale zanim się tam dostaliśmy......czekanie ponad 2,5 h na przystanku na autobus...a razem z nami jakieś 10 innych osób, które podobnie jak my zeszli z gór i nie są pierwszej świeżości. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach ,doszło do integracji międzynarodowej i wspólnymi siłami zamówiliśmy busa do Zadaru. Tak więc nauka na przyszłość : w małych miejscowościach autobusy jeżdżą jak chcą i nie warto ufać rozkładom jazdy . 


W części drugiej będzie na pewno o dzikich górach , przezroczystej wodzie i cudnym Dubrovniku,a na deser - Zagrzeb - stolica Chorwacji. Zapraszam !