niedziela, 15 marca 2020

Czas zatrzymania.

Świat wymusił na nas przystanek. Zatrzymanie się. Pogroził nam palcem i nakazał spojrzeć w Siebie i na Siebie, pobyć z rodziną, nie odkładać niczego na póżniej ,poczuć wdzięczność za to co się ma.

Jednocześnie wymaga od nas odpowiedzialności i solidarności. To taki test dla naszego człowieczeństwa. Test patriotyzmu i obowiązku obywatelskiego. Ale też test rodziny i samego siebie. Swojej siły charakteru.


Musimy wejść w spokój. Spokój ciała i myśli, pomimo tego ,co się dzieje. Ten przymusowy czas traktuję jako lekcję.

Masz teraz dłuższą chwilę niż zwykle ,żeby poczytać - nadrobię zaległości , wybiorę taką książkę, która przeniesie mnie w inną rzeczywistość lub  zapoda refleksję na te trudne czasy.

Masz więcej minut na medytację i oddech, na uważność, wdzięczność za to co tu i teraz.

Masz godzinę, a nie pół na domowy trening - w końcu się porozciągam porządnie.

Zjem w spokoju śniadanie z rodziną, będę celebrować każdy kęs...

Na półce stoi planszówka - nie rozpakowana od trzech lat (!).Dzisiaj zagramy...w końcu jest czas.

Wieczorem obejrzymy w końcu sezon "Domu z papieru", no i zaległe filmy...tyle ich jest, że nie będę nawet wypisywać.

Nalejemy sobie wina, posłuchamy muzyki, wtulając się w Siebie i planując ten czas najbliższy i ten, który pojawi się znowu w pędzie.

Wierzę ,że te chwile są nam dane , abyśmy zrozumieli Siebie i swoje relacje, być może niektórzy będą mieli okazje, aby je naprawić, nadrobić ( najbardziej z tego czasu będą się cieszyły dzieci, bo nigdy nie mieli tyle czasu z rodzicami).





Wierzę też ,w to ,że to przestroga - zatrzymaj się! Zobacz co jest dla Ciebie najważniejsze !

Wierzę w to ,że " Jeszcze będzie normalnie, jeszcze będzie przepięknie...", ale doceniam tą nienormalność i wyciągnę z niej najwięcej jak się da. Niech tylko zdrowie będzie, a z resztą sobie poradzimy. Nie takie rzeczy widziała historia tego Świata. A my jako ludzie wyjdżmy z tego
silniejsi. I niech ta myśl prowadzi mnie przez ten nietypowy czas. Czas zatrzymania. Czas wstrzymanego Świata. Czas oddechu dla Ziemi. 

czwartek, 13 lutego 2020

Namaste

Pewnie słyszeliście to słowo  w reklamie ,ale co ono oznacza i kiedy się je stosuje ?
Namaste to indyjskie przywitanie, lub pozdrowienie. Składamy ręce na wysokości serca, z palcami wskazującymi do góry i powolutku skłaniamy się.

Jest to dla mnie bardzo wzruszający  gest , dlatego ,że stosuje go wobec siebie - dziękuje za bycie tu i teraz, zazwyczaj wykonuj go po medytacji.


Trening uważności praktykuje od niedawna z różną częstotliwością , chociaż w postanowieniu noworocznym jest ciągłość i to daje mi zdecydowanie więcej niż medytacja od czasu do czasu.


Praktyka ta polega na skupieniu się na własnym oddechu i odsuwaniu myśli, które  się pojawiają - jest to naturalne ,bo  umysł ciągle pracuje ,natomiast sztuką jest odsunięcie tych myśli, na bok. Uświadomienie  sobie ,że one są, ale umiejętne porzucenie ich.


Medytacja napełnia całe moje  ciało i dusze energią ,zawsze po niej czuję spokój i wdzięczność,  mam poczucie ,że  zrobiłam coś dla swojej duszy, dałam odpocząć umysłowi , napełniłam się radością i miłością - siebie samą- a jak mam w sobie dużo miłości, to dużo łatwiej dzielić się nią z najbliższymi. Zdecydowanie jest we mnie więcej czułości (  my Byki niestety skrywamy dużo uczuć wewnątrz siebie ).



Poprzez uważność uczę się relacji sama ze sobą - wdzięczności i radości ,z tego co  mam , z tego, że marzę  i staram się te marzenia realizować , z siły jaką dostaje codziennie ,aby ogarniać rzeczywistości .

10 - 15 minut 3x w tygodniu- daje mi moc.  Oby kiedyś dane było częściej.





sobota, 25 stycznia 2020

Hello Ateny !


Po dwóch latach spędzonych na polskiej ziemi ,trzeba było w końcu spakować walizkę i ruszyć w Świat - dla siebie,dla nas,dla zdrowia psychicznego,dla energii płynącej z podróży, dla beztroski dnia codziennego.

Wybór padł na Ateny,miasto, które zaraz po Porto i Barcelonie wielbię bardzo. Kompana znalazłam szybko - Aga ,zgodziła się w mig na wspólny weekendowy wypad, w końcu nie jeden szlak razem przeszłyśmy, i nie jeden raz w namiocie spałyśmy.

Piątek wieczorem - samolot wylądował w Grecji o godz. 23.40, zatem zanim dotarłyśmy autobusem linii x95 było już przed 1 , zasnęłyśmy ok. 3.30.



Sobota

Najpierw pyszne śniadanie niedaleko Akropolu - sałatka grecka, która tutaj smakuje zupełnie inaczej niż zrobiona w Polsce , pyszny jogurt grecki z owocami i miodem i omlet - tego potrzebowałam.

Plan zwiedzania to kolejno - Akropol , Teatr Dionizosa, Świątynia Zeusa Olimpijskiego,Agora ateński i rzymska , Biblioteka Hadriana i na koniec włóczenie się po Plakce - uroczej dzielnicy ateńskiej. Pogoda nas nie rozpieszczała, raptem 8 stopni , ale kolejek do atrakcji prawie wcale - w sierpniu staliśmy  po 30-45 minut, teraz bez problemu kupowaliśmy bilet.



Zjadłyśmy obiad w knajpce , w której stołowali się lokalni - takie są najlepsze - zupa z soczewicy, a do tego mussaka i ....sałatka grecka. Dla mnie podróżowanie to tez smakowanie i delektowanie się tym co kraj ma najlepsze.



Na wieczór, aby zobaczyć zachód słońca i podświetlone wzgórze akropolskie ,popędziłyśmy na moje ukochane wzgórze Filipoppo. To tam pare lat temu z Jacą spędzaliśmy każdy wieczór - miejsce, do którego idzie sie pięknym parkiem, pełnym roślinności śródziemnomorskiej , już na szczycie nie wiadomo ,z której strony się ulokować - czy z widokiem na Akropol czy na panoramę Aten. Urzeka mnie to wzgórze , jest magiczne, tutaj czas płynie inaczej. Żałuje tylko,ze nie było tak ciepło,żeby sobie posiedzieć i popatrzeć na cuda Świata.



Niedziela pod znakiem pędu .

Rano ulubione greckie śniadanie i biegiem pod Parlament , bo o 11 uroczysta zmiana M warty - imponujące stroje , piękna oprawa i dostępna dla turystów tylko w niedziele od godz. 11.

Zaraz obok parlamentu są Ogrody Narodowe, miejsce urokliwie i latem dające chwile odpoczynku od słońca. Mnóstwo biegaczy wzbudzało moje poczucie winy....

Z ogrodów już blisko do Stadionu Panathinaikos- starożytnej , przepięknej budowli. I właśnie tam , kiedy usiadłam na samej górze, patrzyłam na Akropol i słońce przyjemnie ogrzewało moje ciało , poczułam to co uwielbiam w podróżach - ZACHWYT i WDZIĘCZNOŚĆ. Wiedziałam,ze jest mało czasu,ale bardzo potrzebowałam ,aby tam właśnie pobyć , poczuć beztroskę i pomarzyć o kolejnych wyjazdach , spojrzeć na ducha miasta i podziękować za to,ze mogę tutaj być... nie wiem czy tak,macie, w podróżach ,ale ja czekam na to uczucie od momentu kiedy wsiadam do samolotu. Rodzaj zakochania się w miejscu, zatrzymania się w czasie , wrażliwości, takiego wewnętrznego spokoju.



Wracając zahaczyłyśmy  o targ, i zgubiliśmy się w gąszczu pięknych, ateńskich uliczek. Każda wzbudzała zachwyt i masę zdjęć....aż do momentu zerknięcia na zegarek....i rozpoczął się wielki pęd na lotnisko, a los nam nie sprzyjał, ponieważ metro i autobus nie jeździły , bo akurat dzisiaj Grecy demonstrowali ....

Zostało 2h do lotu. Biegiem do najbliższej ,czynnej stacji metra, już w głowie układamy plan co dalej....ale los nam dopomógł , bo na jednej z ulic na światłach zziajane zobaczyłyśmy autobus ,który jechał w kierunku aeroporto.Aga od razu wbiegła na ulice i zaczęła prosić Pana,aby nas wpuścił ...udało się, i okazało się , że nie byliśmy jedyne w tej sytuacji. W autobusie szybki przepak, i walka z czasem , aby zdążyć nadać bagaż. Nasza przygoda szczęśliwie się skończyła ,ale do bramek dotarłyśmy na 10 minut przed odlotem. Życie nie lubi nudy, a takie przygody piszą piękne wspomnienia. 

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Mapa marzeń 2020

Jestem zwolenniczką tworzenia planów i marzeń. Kiedy widzę postępy, konsekwencję, czasem porażkę, wiem, że "coś" robię ze swoim życiem. Staram się co roku, spisywać swoje cele na kartce, tak ,aby widzieć je często , wtedy czuję motywację. Można je spisać i rzucić do szuflady ,ale wtedy gwarantuje Ci ,że o tym zapomnisz. Znajdziesz przez przypadek za parę miesięcy i pojawi się wstyd. 

Dlatego ja mam swoje plany w kilku miejscach - najpierw wersja robocza w notatniku, potem wersja papierowa na dużej kartce, kolorowa z różnymi rysunkami lub zdjęciami i ostatnia w kalendarzu - tak  ,abym często mogła wracać do moich postanowień.

W tym roku podzieliłam marzenia,cele, plany na następujące kategorie : Podróże, Praca, Rozwój osobisty, Pasje , Blog, Zdrowie  Dodatkowo w kalendarzu zrobiłam tabelki i podzieliłam dane czynności na poszczególne dni w tygodniu, tak ,żebym wiedziała , kiedy REALNIE  mogę np. pobiegać 20 km. Robię to z tygodnia, na tydzień.





Mam też mniej marzeń niż ostatni , a to dlatego ,że chcę je po prostu spełnić , a nie zawalać się mnóstwem planów, które mnie przerosną. Nauczyłam się tego po przednim roku.

Lecimy z tematem, ku inspiracji :

Podróże : wyjazd poza granice naszego kraju ( i to moi Drodzy już za 10 dni nastąpi !!!! ) , a kolejny tylko z Mężem mym, a kolejny z Rodzinką ( ten też już niedługo ,czeka na finalizacje ). No i góry ! Obowiązkowo ! Cieszę się ogromnie. Uwielbiam podróżować, niestety ostanie 2,5 roku nie było to możliwe z różnych przyczyn , ale wracamy na właściwe tory.

Praca : wrzesień/październik to chyba dobry czas na podjęcie dodatkowych studiów, związanych z moją pracą, plus kurs SI , aby się doskonalić. Powstanie również strona www z czymś o czym marzę od dawna, dawna, dawna i nad czym długo pracowałam z pewną dobrą Istotą ( mam tutaj kilka marzeń ,ale nie mogę teraz napisać, póki strona nie ruszy ). Trzymajcie kciuki, bo jest to chyba najważniejsze moje wyzwanie w tym roku, którego bardzo , bardzo pragnę.

Blog : walczę o regularne wpisy - w tym celu , mam napisane raz w tygodniu w kalendarzu termin , kiedy ma nastąpić publikacja. Tematów też mam mnóstwo, oby czasu starczyło ! Bo chęci są !

Pasje : 10 książek ( każdego dnia poświęcam na czytanie min.30 minut ), nadrobić filmy , zrobić 100 treningów fitnessowych , półmaraton i jak forma będzie to maraton , bo tęsknie za tym dystansem bardzo, standardowo Biegnij Warszawo i co wpadnie po drodze, ale bez napinki, czas na dyszkę poniżej 50 min, ściana wspinaczkowa min. 2x w miesiącu.

Zdrowie : badania 2x w roku, więcej wody, medytacja , pranamat i joga 2x w tygodniu.

Zadania są ,ale chcę jeszcze sprawić , aby w mojej głowie pojawiła się CISZA w tym pędzie życia i UWAŻNOŚĆ , czego życzę też Wam.



czwartek, 2 stycznia 2020

Rachunek sumienia


2019 rok i moje plany i marzenia muszę przyznać szczerze , że wypadają z poprzednimi latami słabo.

Chyba za ambitnie podeszłam do sprawy - a przecież mając małego człowieka i prace zawodową nie byłam w stanie zrealizować w 100% , ba nawet w 70% wszystkiego co założyłam.

Nie mniej jednak czy jestem na siebie zła - i tak i nie. Tak, bo czasami wygrywało  zwyczajne zmęczeni, nie - bo nie przewidziałam jak będzie wyglądało moje życie po powrocie do pracy i tak całkiem, całkiem nie odpuściłam .



Co się udało : skończyć studia i zostać terapeutą SI, wykonać tyle treningów ile chciałam , a nawet z górka ! ( robiłam dużo challengów m.in 30 dni treningu non stop czy abschallenge, post owocowo- warzywny, który mnie bardzo naładował pozytywnie i już się w tym roku szykuje na kolejną edycje , z tym, że dłuższą, medytacje i mantry( może nie regularne,ale mnie mocno uspokajały) , 11 książek przeczytanych , samotny wyjazd.

Nie udało się spełnianie biegowe - dyszka była, półmaraton był , ale maraton w tym roki z racji braku przygotowania odpuściłam. Zatem te sprawy przechodzą na następny rok. Ściany nie odwiedziłam , filmów nie nadrobiłam , (lista rośnie w zastraszającym tempie ( chociaż dobre seriale wpadły). Szkolenia z zakresy dietetyki i  i fitnessu nie zrobiłam.


Hej, hej - czytam czytam i stwierdzam, ze jednak nie jest tak źle. Bilans jest całkiem niezły, ale mimo to wewnętrznie czuje , że nie jestem z siebie zadowolona.

W tym roku do sprawy podchodzę inaczej. Układam sobie w głowie różne warianty i plany, sposoby motywacji, zaangażowania i ruszam z kopyta.
W tym tygodniu  jeszcze wpis z marzeniami na 2020 ! Ku motywacji !

Ściskam!

czwartek, 11 lipca 2019

Bo czasem trzeba pobyć samemu ze sobą.



7.20, poniedziałek Dworzec Centralny.

Myśli 1: Może nie powinnam ich zostawiać ? Może byłoby fajniej jakbyś razem spędzili te dwa dni, tak mało czasu mamy we trójkę ? 
Myśl 2: Ledwo zdążyłam na pociąg ( najpierw tulasy Franka, który wyczuł , że wybywam z domu, potem problemy z komunikacją miejską na dworzec. Ledwo zdążyłam ) To znak , aby nie jechać ! . Myśl 3 : Jak dawno nie jechałam pociągiem ! 
Myśl 4 : Jest mi to potrzebne. Jest Nam to potrzebne. 



Jadę. Kierunek Gdańsk i polskie morze. I chociaż mentalnie mi bliżej do gór , to racjonalnie , wiedziałam ze w Tatrach nic nie zdziałam , za mało czasu. Nie pamiętam kiedy podróżowałam sama, chyba ostatni raz na studiach.
W pociągu pochłaniam pół książki i co godzinę dzwonię do chłopaków . Aż Jaca zwraca mi uwagę .

Podróż mija szybko, za szybko. Wysiadam i Gdańsk wita mnie cały w deszczu. Ale nic to -  wiedziałam , że nie będzie przyjemnej pogody, ale za żadne skarby nie pozwolę sobie na marudzenie. Od razu na dworcu kieruje się na peron obok i jadę SKM do Sopotu, aby dotknąć Bałtyku.

Sopot -  leje jak z cebra. Kieruje się po różową parasolkę , która będzie przez dwa dni moim najważniejszym gadżetem. Różowa , zdecydowanie. Bo ma być pozytywnie .



Molo opustoszałe , tylko słychać jak deszcz uderza o morze . Piękny widok. Mimo wszystko jest spokojnie. Idę na sam koniec i postanawiam ogrzać się trochę w kawiarni. Ludzi niewiele, wybieram stolik przy którym mam ogląd na wodę, w głośnikach sączy się deszczowa muzyka, a ja popijam rozgrzewającą herbatę i zajadam ciasto. Marzenie. Odpływam i czuje , ze właściwie to już mogę wracać. Doświadczyłam spokoju, którego od dawna mi brakowało. Błogość i szczęście , które mnie przepełniło w tamtym momencie były dla mnie ekscytujące . Jakbym na nowo obudziła pewne struny w mojej duszy.

 Po godzinie, może dłużej ruszam na plaże , ciągle pada , ale ja jestem szczęśliwa , mimo, ze jeansy przyklejają  się do ud. Maszeruje z tą moją różową parasolką aż do baru Przystań , gdzie podają najlepsza zupę rybną w Polsce.



Wychodzę , na chwilkę deszcz ustaje ,tak to dobry moment, aby dotknąć Morza i złapać wiatr w żagle na drugą polowe roku. Kolejny moment, kiedy dusza zostaje poruszona a spokój rozlewa się po jej zakamarkach.


Po tych cudnych dla mnie chwilach obcowania z morzem , wracam do Gdańska. Tam melduje się w hotelu  i właściwie od razu wychodzę - chce jeszcze zdążyć na zwiedzanie Europejskiego Instytutu Solidarności. Już samo przejście przez słynną bramę z napisem Stocznia Gdańska sprawia , że czuć atmosferę tego miejsca . Budynek z zewnątrz jest przepiękny , nowoczesny z ciekawymi fontannami. W środku okazuje się , że jest jeszcze lepiej. Kupuje bilet , wciągam na uszy audio przewodnika i dowiaduje się , że ten ma wbudowany gps zatem jeśli zmienię sale to głos w słuchawkach mnie zlokalizuje.

O samym muzum mogłabym mówić i mówić . Jest zachwycające, wzruszające, pomysłowe, innowacyjne. Awansuje na miejsce pierwsze w mojej hierarchii muzeów. Nie ukrywam, że kilka razy łza popłynęła mi po policzku. A narracja poprowadzona przez przewodnika przy odpowiednio dobranej muzyce w tle  sprawia, że istota tego miejsca, walki o demokrację zyskuje po raz kolejny na niewyobrażalnej wartości. Osobiście uważam, że KAŻDY obowiązkowo powinien odwiedzić to miejsce. Czapki z głów dla twórców muzeum !



Kolejny dzień spędzam również w deszczu, ale tym razem wybieram się do Muzeum II Wojny Światowej. Budynek z zewnątrz niczemu nie ujmuje Instytutowi Solidarności.Akurat jestem we wtorek a to dzień , kiedy wejście jest za darmo. Biorę znowu słuchawkowego przewodnika.
Ruszam po zakamarkach , zgodnie ze wskazówkami  ze słuchawki, rozpoczynamy od sytuacji w Europie dużo, dużo przed wybuchem światowego konfliktu. Kolejne sale to inne zagadnienia  związane z tematyką wojny. Część jest mi znana , innych  słucham z zapartym tchem. Największe wrażenie robią na mnie zdjęcia dzieci oraz filary z fotografiami pomordowanych Żydów .

 Osobiście uważam , że muzeum jest przyzwoite . I tyle -  nie robi takiego "WoW" jak to Solidarności, jest zbliżone do Polin, ale z dużo mniejszą powierzchnią i  ekspozycją. Nie do końca udało się osignąć efekt zaskoczenia, zwłaszcza dla kogoś, kto widział już Muzueum Powstania Warszawskiego albo Polin.



Ostatnie godziny spędzam w kawiarni z gazetą, kawą i sernikiem z biała czekoladą. Tęsknie już za chłopakami, ale wiecie co? Nie żałuje ! Ten wyjazd był mi potrzebny ! Był nam potrzebny! Z ogromną energia wróciłam  do Jacy i Frania. A i sama sobie w głowie pewne rzeczy poukładałam.

Każda mama, ba ! każda kobieta powinna mieć czas dla siebie, na swoje myśli, na kawę bez pośpiechu, na zwiedzanie zakamarków duszy. Świat się bez nas nie zawali, moi chłopcy bawili się zacnie ! Jaca przeszczęśliwy,  że mógł spędzić tyle czasu z Franiem, a Franek odpoczął od naszej wspólnej rutyny. I oficjalnie oświadczam , że będą powtórki ! I ciągle marzę o babskim wyjeździe !









poniedziałek, 25 marca 2019

14 dni z postem dr Dąbrowskiej



Już od trzech lat , myśl zrobienia postu za mną chodziła, tylko,że najpierw poniosłam porażkę , bo zwyczajnie się nie przygotowałam, wmawiała sobie, że przy takiej intensywności pracy na pewno nie dam rady i padnę , bałam się bólów głowy i nawrotu nerwobólów . Poległam.

Potem okres ciąży i czas karmienia, aż pod koniec zeszłego roku narosła we mnie ogromna potrzeba oczyszczenia duszy, umysłu i ciała. Jako narzędzie do osiągnięcia tego stanu miał mi przysłużyć detoks jedzeniowy.

Tym razem postanowiłam się nie poddać i bardzo dokładnie sobie to wszystko przeanalizowałam.

Najpierw zaopatrzyłem się w najnowsze książki oraz książkę Post Daniela , ponieważ w niej urzekły mnie rozważania na każdy dzień postu, a chciałam mocno , aby mój post miał także wymiar duchowy.

Potem wybrałam czas - Wielkiego Postu, ale też sprawdzałam, aby nie było żadnych uroczystości rodzinnych , wyjazdów , czy innych pokus. Na końcu zdecydowałam się na okres trwania - ponieważ założyłam sobie, że tym razem post przejdę , to musi to być od do . Jestem typowym zadaniowcem, muszę mieć konkret. Realnie byłam w stanie poddać się postowi na 14 dni.

Sprawa posiłków - przypuszczałam, że przygotowywanie ich będzie dla mnie uciążliwe, więc już kilka miesięcy wcześniej rozglądałam się za cateringiem, który taką dietę oferuje. Znalazłam interesującą  ofertę, nie rujnującą mego budżetu i już nie było odwrotu.

14 dni temu rozpoczęłam post. Dostawałam od Was wiele informacji, zapytań , wsparcia - za co dziękuje.

Na pierwsze dni przygotowałam się na ból głowy - a tutaj nic ! Żadnego bólu nie było! Trzeciego dnia bolały mnie zatoki, tylko tyle. Nadspodziewanie gładko się zaczęło. Niestety było mi okropnie zimno! Nakładałam kilka warstw na siebie i podkręcałem  ogrzewanie tak,że nie dało się normalnie wytrzymać ( reakcja Jacy).

W pierwszym tygodniu wszystko mi smakowało, piłam ok 2 litry wody, plus pokrzywę , rumianek.

Drugi tydzień był cięższy - śniadania memłalam i z błyskiem w oku patrzyłam na jajecznicę Franka. Było mi okropnie zimno, aż wody nie chciałam pic i przez dwa dni wypiłam zdecydowanie za mało. Wtedy pomyślałam, że szkoda byłoby zaprzepaścić post przez to,że nie pijam wody. Postanowiłam w termosie zaparzać  wrzątek z imbirem i cytryną, zamiast zimnej wody. Pomogło, bo rozgrzewało i dodatkowo oczyszczało jelita. Zresztą już wiele razy Wam pisałam o tym, ze w domu pijamy na śniadanie szklankę  cieplej wody z cytryna.

Co się zmieniło ? Wzmocniłam swój organizm , swoje poczucie siły sprawczej , to, że dam radę i podołałam wyzwaniu. Wzmocniłam się duchowo i energetycznie, bo w gruncie rzeczy mino deficytu kalorii, miałam ogrom energii, mino różnych nocy, ani razu nie chciało mi się spać w ciągu dnia. Poprawiłam pracę jelit , czuje się lekka . Moja cera się zdecydowanie polepszyła, nabrała blasku i energii. ( Kremy się lepiej wchłaniają , zniknęły przebarwienia po ciąży ;)) , z wagi tez mi zeszło aczkolwiek nie to było moim celem, bo z waga to ja sobie umiem poradzić.

Ogromnym plusem jest to, że mój Jaca tez chce post przejść za rok, tylko, ze 14 dni, a ja 21. Trzeba sobie podnosić poprzeczkę. Także za rok startujemy razem i mam nadzieje, że będzie to nasz już zwyczaj ku zdrowotności.

Nie mam ochoty na mięso, to również było moim celem. Chcemy ograniczyć jego spożywanie do 2x w tygodniu.

Minusem - brak siły na ćwiczenia, a tym bardziej bieganie. 5 km przebiegłam na oparach , bez sił.
W domu ćwiczenia robiłam bardziej siłowe niż cardio. I codzienne spacery po 3-4 km.

Aktualnie jestem na wychodzeniu, które nie jest takim obciążeniem, gdyż przypomina to dietę, którą na co dzień mamy w naszym domu. 

Czy polecam post ? Jak najbardziej jest to niesamowita profilaktyka przeciwstarzeniowa i przeciwnowotworowa, wzmacnia dusze, umysł i ciało, daje poczucie ogromnej sił i energii. Sprawia, że „masz tę moc”.

Moja rada - kilka tygodni przed postem warto się do niego przygotować na każdej płaszczyźnie i mieć motywacje dlaczego to robisz, aby w momentach kryzysu, bo takie będą - dawały siłę.

środa, 20 marca 2019

Fizjoterapia po porodzie

Dobra, ten post od lipca jest zawieszony w moich notatkach. Kilka razy wspomniałam na fcb lub instagramie o fizjoterapii okołoporodowej i co jakiś czas pytacie mnie o szczegóły. Specjalistą w tej dziedzinie nie jestem, ale mam to szczęście, że osobiście znam fantastyczną fizjoterapeutkę , którą poprosiłam o odpowiedz na najczęściej zadawane przez Was pytania. Zatem zapraszam do lektury.



1. Co to jest fizjoterapia okołoporodowa?

Fizjoterapia okołoporodowa to całokształt działań zarówno profilaktycznych jak i terapeutycznych obejmujących pacjentki planujące ciąże, w ciąży oraz we wczesnym okresie po porodzie.

Profilaktyka ma na celu edukację dotyczącą zapobiegania przeciążeniom narządu ruchu, rozejściu mięśni prostych brzucha, przygotowanie do porodu oraz edukację dotyczącą wczesnego postępowania usprawniającego zarówno po porodzie naturalnym jak i cesarskim cięciu oraz zapobieganiu dysfunkcjom dna miednicy. Do tych ostatnich zaliczyć można obniżenie narządów miednicy mniejszej, nietrzymanie moczu, gazów, stolca, uczucie zbyt luźnej lub zbyt ciasnej pochwy, dolegliwości bólowe podczas aktywności fizycznej czy też podczas współżycia.

Fizjoterapia po porodzie oznacza usprawnianie pacjentek, u których wyżej wymienione problemy już nastąpiły, albo które chcą pod okiem specjalisty usprawnić się w sposób jak najbardziej bezpieczny dla siebie, z uwzględnieniem zmian  dotyczących nie tylko statyki narządów miednicy mniejszej, ale całego narządu ruchu i innych układów.

Fizjoterapia w ciąży najczęściej polega na przygotowaniu ciała do porodu, terapii w dolegliwościach bólowych, które na poszczególnych etapach ciąży mogą się pojawiać, a także relaksacji. Pacjentki chętnie korzystają z masażu lub aplikacji specjalnych plastrów (znanych jako metoda kinesiology taping), które w ciąży są całkowicie bezpieczne, a mogą znacznie wpłynąć na komfort funkcjonowania.

Dobrze byłoby, gdyby w celu skorzystania z okołoporodowych konsultacji lub terapii panie zgłaszały się do certyfikowanych fizjoterapeutów uroginekologicznych, którzy mają kompetencje do tego, by rzetelnie pomóc w tym wyjątkowym dla kobiety okresie życia.

2. O co chodzi z treningiem dna miednicy ? 

Trening dna miednicy oznacza aktywację mięśni dna miednicy, a więc tych, które potocznie (aczkolwiek mało precyzyjnie) nazywane są mięśniami Kegla.

Mięśnie te mają budowę warstwową, okalają u kobiet rozwór moczowo płciowy, odbyt, tworząc jakby hamak dla narządów miednicy mniejszej: macicy, pęcherza i odbytnicy. Biorą tym samym udział zarówno w funkcjach seksualnych, jak i mają swój udział podczas mikcji, wydalania, podtrzymywania ciężarnej macicy.   To między innymi dzięki ich sprawnemu działaniu kobieta jest w stanie odczuwać satysfakcję ze współżycia, utrzymywać mocz i stolec podczas kaszlu, kichania, czy intensywnych treningów. Jak każdy profesjonalny trening, tak i ten dotyczący MDM powinien być ustalany indywidualnie, biorąc pod uwagę wyjściowy stan tych mięśni i stan ogólny kobiety, jej dotychczasową aktywność, przebyte leczenie, czy okres, który upłyną od porodu.

Pracując nad mięśniami dna miednicy można poprawić rożne parametry: napięcie spoczynkowe, siłę, wytrzymałość, reaktywność, szybkość. Ważną kwestią jest umiejętność aktywacji dna miednicy w kierunku do góry, a więc nie tyle zaciskanie co unoszenie, podciąganie tych struktur.  Bardzo istotna jest też zdolność do relaksacji, gdyż zmęczone mięśnie, będące nieustannie we wzmożonym napięciu również nie będą wystarczająco efektywne.

Tym samym podstawą powinno być badanie palpacyjne dna miednicy, czy EMG dna miednicy. Tylko wtedy można rzetelnie określić jakiego rodzaju pracy mięśni pacjentka aktualnie potrzebuje.  Warto podkreślić, że często wbrew pozorom kobiety mają ogromny problem z odpowiednią relaksacją mięśni dna miednicy.

Kolejnym krokiem powinna być odpowiednia edukacja co do sposobu treningu. Najlepiej, by fizjoterapeuta mógł popracować przez pewien czas z kobietą indywidualnie, aby opanowała możliwie najlepiej technikę ćwiczeń. Nie bez znaczenia będą tutaj: postawa ciała, oddech, wypracowanie odpowiednich nawyków ruchowych.

Dopiero kolejny etap to samodzielne ćwiczenia pacjentki lub udział w grupowym treningu dna miednicy.


3.Jak wygląda rehabilitacja? 

Pierwsza wizyta powinna być poświęcona na dokładne badanie pacjentki, połączone z zebraniem wywiadu. Często poza badaniem zewnętrznym istnieje potrzeba wykonania badania do-wewnętrznego (per vaginam = przez pochwę, czy per rectum= przez odbyt).  Następnie po wstępnej diagnozie ustala się wraz z pacjentką plan terapii. Rehabilitacja powinna być zawsze ustalana indywidualnie, tym samym może przebiegać inaczej u różnych pacjentek: z problemem z mięśniami dna miednicy, z bólem, czy z rozejściem mięśni prostych brzucha.W swoim gabinecie zaczynam od solidnej dawki wiedzy, a więc wskazówek związanych z pracą poszczególnych mięśni, rolą oddechu, postawy ciała, czy utrwalonych wzorców ruchowych i wpływie tych czynników na problem, z którym pacjentka się zgłasza. Pewne zalecenia do wdrożenia w życiu pacjentka otrzymuje ode mnie od razu, a kolejne ćwiczenia dobierane zawsze  indywidualnie dodawane są stopniowo, często na dalszych wizytach. Podczas pracy w gabinecie większość swych działań w trwającej terapii opieram na technikach manualnych dotyczących zarówno stawów jak i tkanek miękkich, ważnym elementem jest również praca z blizną. Z wizyty na wizytę monitorowany jest zmieniający się stan pacjentki, modyfikowane zalecenia, czy korygowane błędy, jeśli takie pojawią się już podczas samodzielnych ćwiczeń w domu. Jako techniki wspomagające mogą być stosowane również inne zabiegi – elektrostymulacja, kinesiology taping.



4. Gdzie szukać fizjoterapeutów okołoporodowych ?

O fizjoterapeutę uroginekologiczego warto pytać przy szkołach rodzenia w większych miastach. Nawet znajomy fizjoterapeuta, który specjalizuje się np. w ortopedii czy neurologii prawdopodobnie znając środowisko kolegów po fachu będzie potrafił wskazać kogoś z doświadczeniem z pacjentkami w okresie okołoporodowym.

W dzisiejszych czasach można oczywiście liczyć na internet, warto wpisać w wyszukiwarkę hasło fizjoterapia okołoporodowa, fizjoterapeuta uroginekologiczny. Polecam tylko zerknąć na zawodowe doświadczenie wybranej osoby, lata praktyki w zawodzie, by upewnić się co do jej kwalifikacji. Godnym uwagi dokumentem będzie certyfikat wystawiony przez PTUG (Polskie Towarzystwo Uroginekologiczne) lub Fundację Aenon.

Niestety fizjoterapia uroginekologiczna świadczona na wysokim poziomie w Polsce nadal dostępna jest głównie w sektorze prywatnym i niewielu lekarzy ginekologów wspomina swoim pacjentkom o możliwości i zaletach rehabilitacji poporodowej. 

 Obecność takiego specjalisty wśród położnic na oddziale jest rzadkością, choć przynajmniej jeden ze szpitali w Warszawie może się poszczycić obecnością fizjoterapeuty uroginekologicznego.  Jest więc nadzieja, że z czasem tendencja ta rozprzestrzeni się na inne placówki medyczne i miasta.


Na te pytania odpowiedziała mi fizjoterapeutka , mama dwójki dzieciaków. Po więcej informacji odsyłam na stronę www.lipniewscyrehabilitacja.pl oraz do komentowania.



Na zdrowie drogie Panie ;)

piątek, 25 stycznia 2019

2019 nadchodzę ! Z pokorą będę przyjmować każdą lekcją i z odwagą podejmować nowe wyzwania....

Nowy rok to wachlarz nowych możliwości . Zdecydowanie jestem za robieniem podsumowań i tworzeniem wyzwań i marzeń. Każda motywacja do rozwoju osobistego jest istotna.

U mnie są to zazwyczaj dwie daty - początek roku i moje urodziny . Jednak z racji, że do świętowania mych narodzin jest jeszcze trochę czasu, skupie się na tym co tez w tym roku nawymyślałam, aby się doskonalić.





W 2019 roku stawiam na rozwój ducha. Fizyczność będzie się toczyła obok - myślę, że mam już wyrobione pewne zdrowe nawyki i do aktywności sportowej i zdrowego stylu życia nie trzeba mnie motywować. Jednakże i tutaj podejmę się kilku wyzwań jeśli los dopomoże. Marzy mi się półmaraton, maraton i może jakieś małe ultra ? Takie mam marzenie. Chce zejść na dyszkę poniżej 50 minut. A będzie to możliwe jeśli wrócę do wagi sprzed ciąży - jeszcze 4 kg  zostały.

Z wyzwań sportowo- zdrowotnych wpisałam również : ciało ze stali z brzuchem włącznie,miesiąc bez cukru i post warzywna- owocowy , poprzedzony detoksem sokowym. Przecież w zdrowym ciele,  zdrowy duch , zatem preludium do roku ducha uczynię.



Marzy mi się wyjazd z Mężem ,w pewne ,nasze, ukochane miejsce. Chce powędrować z plecakiem pełnym marzeń po ukochanych Taterkach ,nałożyć treki i męczyć się niemiłosiernie rozważać przy tym o życiu. Chcę też zrobić babski wypad, taki ze sportem, zdrowym jedzeniem, spa....skrzyknąć chętnych i na weekend po prostu pobyć z samymi babami. Plotkować, marzyć, motywować się. Już kilka lat przekładam to marzenie ,może w końcu się uda?



Książek przeczytam 20!  O to co ! Filmy nadrobię , na ściankę wrócę, wyćwiczenie ciało jak marzenie i zrobię to za pomocą min. 80 treningów fit.



Zawodowo również się podciągnę i zrobię szkolenie fitnessowe oraz dietetyczne. Trzeba w końcu dbać o swój warsztat pracy. No i przecież skończę studia podyplomowe i ruszę z kopyta z nową pasją  ! Można już ją śledzić w sieci :).


A najważniejsze jest dla mnie to,aby mieć dużo czasu dla Frania i Jacy, rodziny bliższej i  dalszej, cieszyć się z małych rzeczy, rozmawiać i marzyć z moimi chłopakami, być wdzięczną  , życzliwą i dobrą , nie zazdrościć ,nie denerwować bliskich i myśleć pozytywnie, bo jak mawia klasyk po co negatywnie.



Z pokorą będę przyjmować każdą lekcją i z odwagą podejmować nowe wyzwania.

2019 ....nadchodzę !

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Wdzięczna za...podsumowanie 2018


Rok  2018 był dla nas szczególny - 8 kwietnia o godzinie 4.15 na świecie pojawił się nasz cudowny synek - Franio. I to właśnie ta mała istota wprowadziła w naszym życiu ogromną rewolucje. Z wielu rzeczy trzeba było zrezygnować , inne przewartościować,ale najważniejsze, że w tym wszystkim pozostaliśmy sobą. 
I choć końcówka roku nie należała do przyjemnych, z nadzieją patrzymy na to co przyniesie nam 2019 rok. 


Co udało mi się zrealizować z zamierzonych celów?
Nadal przoduje w książkach - przeczytane 21 z 20 założonych - macierzyński mi to umożliwił. Odkrywałam ukochaną kolejną książkę, pt: " Pełnia życia" Agnieszki Maciąg - zmieniła ona podejście w moim życiu do wielu spraw.
Założenie było ,aby pracować nad energią wewnętrzna i muszę powiedzieć, że poszło mi to nawet lepiej niż zakładałam. Na pewno wpływ na lepsze samopoczuciem miałam dzięki spotkaniu kilku dobrych i wspaniałych ludzików, którzy wnieśli wiele dobra w moje życie. Dziękuje Madziu, Aniu, Alu, Kasiu,Grześ...

Aspekt edukacyjny również zakończony z sukcesem: zostałam dietetykiem , mam nawet małe sukcesy moich podopiecznych, ale jak dalej potoczy się ta pasja? Tego nie wiem, na razie mam ogromną frajdę z tego, że mogę układać dietę i treningi innym, i widzę ich pozytywną przemianę.
Wzięłam udział w międzynarodowej konferencji SI, a także rozpoczęłam studia w tym kierunku, uczę się od najlepszych i czerpie jak najwięcej się da. Niebawem nowe pomysły z tym związane ,a dla wnikliwych hasło : Si_mama ;) tam już się powoli dzieje. 



Wróciłam do treningów, ale tutaj muszę sobie wstawić taki plus/ minus, bo okazało się, że nie było to  takie łatwe po ciąży i w okresie karmienia. Za bardzo chciałam,a ciało niekoniecznie było gotowe. Zrobiłam prawie 70 treningów, wróciłam do biegania - aktualnie 13 km nie jest dla mnie problemem,ale chcę więcej ! 
 Nie udało mi się przebiec Biegnij Warszawo, za to wystąpiłam w Biegu Dzika na 5km ( czas poniżej 30min) i w Biegu Niepodległości , gdzie tez udało mi się zejść poniżej 1h. 
Do formy sprzed ciazy jeszcze nie wróciłam , czekam na to,aż odstawię Franka całkowicie , wtedy będę mogła w 100% popracować nad własna formą i dietą

Randki z mężem były dopóki Franco się nie pojawił, teraz co prawda tez udaje nam się gdzieś wyrwać, ale nie jest to z taka reguralnością jakbyśmy chcieli. Wyjazdu babskiego i rodzinnego niestety nie było. Może w następnym roku ? Ciągle chodzi mi to po głowie .



Ogólnie udało mi się zrealizować 70% z założonyhc planów. 
Oczywiście na najbliższy rok również mam już marzenia, z którymi się  podzielę w najbliższym czasie .

Wdzięczna jestem za każde dobre ,ale i trudne lekcje życiowe. Zarówno jedne jak i drugie wpływają na mój rozwój osobisty i budują mnie jako człowieka. 
Wdzięczą jestem za nowe doświadczenia życiowe- bycie mamą, ale nie tylko w tych dobrych momentach, również w tych ciężkich,kiedy myślę ,że już nie dam rady, że to ponad moje siły, a jednak trwam i sama sobie dziwię ile jesteśmy w stanie udźwignąć. 
Mocno nas to zahartowało, jako rodzinę, 
Wdzięczna jestem za siłę charakteru i to, aby się nigdy nie poddawać. 
Wdzięczna jestem za nowe znajomości, które okazały się być tak fajnymi i wartościowymi ,że ciągle trwają. 
Wdzięczna jestem za stare przyjaźnie, które umocniły tylko nasze więzi.
Wdzięczna jestem za tak częste spotkania z rodziną. 
Wdzięczna jestem za takiego Męża, który jest cierpliwy i kochany, który dba również o moje potrzeby i rozumie , że bycie mamą to nie
 Eldorado. 
Dziękuje za każdą lekcje. 

czwartek, 29 listopada 2018

Energetyczne koło

Dosyć długo zbierałam się aby napisać ten post i też zastanawiałam się czy, aby chce się tym dzielić, ale jeśli to ma komuś pomóc albo skłonić chociaż jedna osobę do refleksji - to warto.

Po urodzeniu synka w moim życiu a najbardziej w mojej duszy i umyśle zapanował hałas...tak tak nie chodzi mi o chaos ( chociaż to też niewątpliwie miało miejsce ) tylko hałas ! Brak spokoju i jakieś wewnętrzne krzyki powodowały , że okropnie się denerwowałam i stresowałam. Do tego dochodzi permanentny brak snu i ból kręgosłupa ( ale o tym wie każda mama i każdy tata). Wszystko to wpłynęło na zamieszanie w mojej duszy. Wtedy na pomoc ruszył umysł, który zaczął dostrzegać pewne znaki , jakie podarował  mi Świat, a serce je przyjęło i rozpoczęła się praca nad hałasem duszy.



Jeszcze podczas ciąży trafiłam w internecie na wpis o mindfulness , o czym się z Wami podzieliłam na blogu. Niesamowicie zafascynowała mnie teoria uważności i skupienia się na jednej rzeczy, a nie wielozadaniowości ( chociaż przy małym baby to nie do końca realne ). Gdzieś tam ta UWAŻNOŚĆ ciągle się przewijała w gazetach, internecie, książkach.  W czerwcu odwiedziła mnie koleżanka z pracy, taki mój anioł ( tym razem nie ten rudy;) ) i podsunęła bloga do poczytania Agnieszki Maciąg. Jednak rozmowa z moim dobrym Aniołem dała mi dużo więcej... zaczęłam sobie powoli w głowie wszystko układać, łapać energię taką dobrą od tej osoby. Nasza pogawędka sprawiła ,że zaczęłam szukać  intensywniej znaków.



I to był drugi punkt w moim kole energii  ogarniania hałasu.

Zafascynowana wspomnianym blogiem, zaczęłam czytać książki jej autorki. I nie ukrywam, że "Pełnię życia"  pochłonęłam dwa razy. Rozpoczęłam powoli prace z oddechem i dobrymi myślami, które sprawiały,że codzienność stawała się łatwiejsza , kontakt z Mężem cudowniejszy ( zmiana w życiu dała się we znaki też naszej relacji) i hałas duszy cichszy.

Kolejny punkt na mapie mojego koła to opowieść jednej osoby z rodziny, która nauczyła się właśnie sztuki medytacji i pozytywnego myślenia. Ze względów osobistych nie będę tutaj przytaczać konkretów. Jednak niezwykle dobrze się słuchało tego w jaki sposób można wpłynąć na swój spokój wewnętrzny.

Brakuje mi tylko jedno odcinka do zamknięcia koła energii , a mianowicie własnego doświadczenia. Niebawem mam nadzieje to nastąpi. Tymczasem każdego dnia staram się ćwiczyć za pomocą afirmacji ( tj. zdania,myśli, które powtarzamy w ciągu dnia, analizujemy i staramy się w nie uwierzyć  w ten sposób pracując nad sobą).

Był taki tydzień , kiedy każdego dnia w czasie drzemki Frania starałam się wyciszyć , zagłuszyć myśli i skupić się tylko na oddechu lub afirmacji. Byłam dużo spokojniejsza. Potem tydzień przerwy i hałas wewnętrzny znowu narastał.




Pewnie niektórzy z Was stwierdzą,że oszalałam ,ale uwierzcie bycie rodzicem to jazda bez zatrzymania ( każdy rodzice wie o czym mówię ) a ja jestem na początku swojej drogi i muszę jakoś bezpiecznie i bez uszczerbku na własnej osobowości dojechać do poszczególnych przystanków. A taki spokój przyda się każdemu z nas, bo daje nam wewnętrzną moc.

Z energia Was pozostawiam i mam nadzieję refleksją,

sobota, 29 września 2018

Herbata turkusowa

Nastał czas jesiennej zadumy i refleksji, ciepłych ubrań , słuchania deszczu pukającego o parapet, długich wieczorów i gorącej herbaty.

Do białej herbaty namawiam Was wciąż , pisałam o niej nie raz, natomiast całkiem przypadkiem odkryłam ostatnio herbatę turkusową zwana również Oolong  lub ulung również spotkacie jej potoczną nazwę tzn :” smocza  herbata” bo po zaparzaniu w imbryku przyjmuje jego postać .(to tak,aby dodać jeszcze cudowną otoczkę ).

Jej fenomen polega na tym,ze ma bardzo długo proces przygotowywania jej do spożycia . Po zebraniu i wysuszeniu ,jest przesypywana do bambusowych koszy , gdzie następnie wstrząsana , tak, aby liście odbijały się o krawędzie kosza. Potem się je przesusza , następnie znowu obija , aż liście zaczną się utleniać.


Herbata turkusowa ma małą zawartość kofeiny,ale dużą taniny. Można o niej powiedzieć, że jest tak pomiędzy czarną a zieloną.



Jakie zatem ma właściwości : M.in redukuje problem nadciśnienia, wspomaga prace nerek i wątroby, stabilizuje poziom cukru we krwi, wskazuje działanie przeciwnowotworowe, poprawia stan skory (polecana przy trądziku) , wpływa na przemianę materii.


Jak ją parzymy ? I tutaj jest jedna z fajniejszych rzeczy - mimo,ze do najtańszych nie należy, można ją zaparzać  wielokrotnie (nawet do 7 razy ) .Temperatura zaparzania to 95 stopni, parzymy przez ok. 1-1,5 minuty, potem kiedy wykorzystujemy ponownie liście to wydłużany ten czas o ok. 30-40 sekund. Pamiętajcie o tym, aby przed zaparzeniem suszu , koniecznie go przepłukać , żeby pozbyć się ewentualnych toksyn i nieprzyjemnego posmaku.




Zachęcam Was do stworzenia rytuału picia tego cudownego napoju. Warto zainwestować w czajniczek, zaparzacz, ulubione kubki, konfiturę, dobry miód , pachnącą świeczkę i oddać się tej wspaniałej celebracji .

Dla mnie picie herbaty jest wyjątkowe - w górach jest moim ciepłem , a w domu sprzyja rozmowom,odpoczynkowi , refleksji. Wprowadza pewnego rodzaju przytulność i intymność.




Jeśli nie masz w domu zestawu do zaparzania herbaty,albo po prostu chcesz spróbować białej lub turkusowej - zapraszam do nas. A i ciastem poczęstuje.


Na zdrowie !

piątek, 31 sierpnia 2018

Wzmocnij się !


Zbliża się jesień , a tym samym zmienna pogoda ,która będzie wpływać na nasze samopoczucie , dlatego chce się z Wami podzielić moimi sposobami na wzmocnienie organizmu, które zamiennie stosuje przez cały rok.


Pierwszym z nich jest picie wody alkalicznej, która nazywana jest wodą „żywą” ze względu na to, że jest nasycona aktywnym wodorem, a to z kolei eliminuje nadmiar wolnych rodników, które są odpowiedzialne m.in za choroby nowotworowe. Pijąc wodę alkaliczna wzmacniamy układ odpornościowy i wyzbywamy się starych komórek, zastępując je nowymi, dzięki temu organizm starzeje się wolniej. Dodatkowo ma idealne pH  - nasz organizm nie jest zakwaszony ( a kwasimy go m.in niezdrowym jedzeniem, fast foodami,słodyczami...). Woda ta jest lepiej przyswajalna przez organizm, nie wiem czy wiecie, ale picie zwykłej mineralnej zazwyczaj niewiele daje organizmowi, gdyż woda dosłownie przelatuje przez nas.



Wody jonizującej,alkaicznej,  nie kupicie w plastikach , będzie dostępna w szklanych butelkach lub foliach. Niestety jest dosyć droga ,dlatego ja znalazłam sposób, aby tą naszą wodę zatrzymać w organizmie. Gdy tylko otwieram butle w domu, wsypuje szczyptę soli himalajskiej (lub innej morskiej), w ten sposób woda dociera do wszystkich narządów w moim ciele. Różnicy w smaku nie ma,a korzyści spore.

Drugim sposobem wzmacniania i detoksykacji organizmu jest picie wodno - ziołowego naparu Alveo, skomponowanego z 26 ziół. Można spożywać w ciąży i przy laktacji,ponieważ jest w 100% naturalne. Jeśli macie problemy z układem pokarmowym, to polecam tym bardziej. Znam osobiście kilka przypadków, którym pomogło.

Dewizą Alveo jest oczyszczenie , wzmocnienie organizmu. Alveo przy regularnym stosowaniu przyczynia się wręcz do  samoleczenia organizm, gdyż najpierw pozbywa się złogów m.in miażdżycowych i cholesterolowych .Ci którzy maja problemy z kamicą żółciową czy nerkową po ok miesiącu zauważą w moczu złogi, które są oznaką rozpuszczenia.



Działanie Alveo jest bardzo szerokie,dlatego, jeśli ktoś z Was jest zainteresowany polecam poczytać więcej w sieci, ja nie będę się wymądrzać =), jedyne co Wam mogę powiedzieć, że polecam, bo przy stałym przyjmowaniu  niweluje wiele dolegliwości, jest naturalny i jego działanie potwierdzone w mojej rodzinie ;).



Kolejna prosta sprawa to picie siemienia lnianego i to nie tylko przy antybiotykoterapii. Siemię w skrócie ,bo o tym poczytacie w internecie - wpływa pozytywnie na układ pokarmowy i krążenia , obniża poziom cholesterolu, poprawia strukturę włosów i wzmacnia paznokcie, chroni przed nowotworami hormonozależnymi , kontroluje poziom glukozy we krwi,wycisza przewlekłe stany zapalne.



Herbata ! Uwielbiam jedni są kawoszami ,ja należę do grupy herbatoholików. Zwykle pije herbatę białą, koniecznie liściasta. Biała herbata jest zdrowsza niż zielona, ponieważ ma więcej antyoksydantów, poza tym dobrze wpływa na układ krwionośny, walczy z wirusami,wzmacnia organizm i pomaga przy osteoporozie i zapaleniu dziąseł. Plus łyżeczka miodu, czasem soku z malin i jest bomba rozgrzewająca i odpornościowa. No i cały rytuał parzenia jej daje niesamowitą atmosferę i przyjemność z picia.


Pokrzywa - również najlepsza w liściach, ma ogrom właściwości, jest moczopędna,więc dla ludzi z problemami z układem moczowym,wręcz wskazana, wzmacnia włosy i paznokcie, ma właściwości odkażające, pomocna przy problemach z żołądkiem i jelitami, a dużo witamin, pozytywnie wpływa na laktację ;) Również polecam poczytać o jej szczególnych właściwościach. Taki skarb natury.



Ostatnia rzecz, którą wręcz uwielbiam, to prosty eliksir odpornościowy - woda z miodem i cytryną na czczo. Wieczorem zalewam połowę szklanki wrzątkiem, po ostygnięciu wody dodaje łyżeczkę miodu. Rano dodaje wrzątek do pełnej szklanki,wciskam pół cytryny i pije od razu. Pobudza układ trawienny, dodaje energii i jednocześnie chroni przed przeziębieniami i przyspiesza chudnięcie ;)
U mnie cała rodzina stosuje eliksir zdrowotności.



Zatem wybierz sobie jeden ze zdrowych,  napojowych nawyczków i zastosuje tej jesieni , na pewno nie pożałujesz,
 a Twój organizm będzie Ci wdzięczny.

sobota, 26 maja 2018

Niezbędnik Mamy

Jak mocno zmieniają się potrzeby, kiedy nie masz trzeciej ręki ,nie dosypiasz , i masz przed sobą małego człowieka, który oczekuje Od Ciebie przytulania...

1. Tablet odszedł w odstawkę - za ciężki jak na jedna rękę , zdecydowanie mój świat internetu przeniósł się do komórki - poręczniejsza ,lekka i można ja trzymać i pisać jedną ręką

2. Kindel -  lekki i łatwo przekręca się strony,a ja nawet chodzę z wózkiem i czytam (jak droga prosta) albo trzymam dziecko na rękach,a czytnik zawieszony o wózek - ostatnio odkryłam, że można by było jeszcze strony przekręcać mrugnięciem  oka



3. Massanger - przerzucam się na wiadomości głosowe ;) jest zdecydowanie łatwiej i szybciej

4. Krem i płatki,maseczki pod oczy -  kiedy chcesz wyglądać jak człowiek,a nie śpisz już kilka miesięcy - mój niezbędny kosmetyk pielęgnacyjny

5. Rozświetlacz -  trzeba nadać twarzy w miarę ludzki wygląd - najzabawniejsze jest to, że im bardziej człowiek jest zmęczony,tym więcej  otrzymuje komplementów

6. Krem do rąk - częste zmienianie pieluszek,to częste mycie rąk a co za tym idzie , wysuszona skóra.

7. Koktajle - kiedy nie masz czasu ugotować sprawdzają się idealnie. Swoje przygotowuje dzień wcześniej.

8. Słuchawki  - jeśli chcesz słuchać instastories lub wiadomości głosowych z massangera

9. Audiobooki - idealne, zwłaszcza z motywacyjnymi gadkami

10. Netflix - podczas karmienia i odbitek  oglądam seriale, w końcu muszę tez mieć coś z tego dla siebie ;)

11. Maseczki - szybko sprawiają , że cera odzyskuje blask, zwłaszcza jak wizyta gości.

12. Quczaj - jego podejście do życia i naturalność,skierowana również do matek karmiących jest urzekająca - rozśmiesza i motywuje

13. Wygodne buty - u mnie w ruchu trampki,new balansy i espadryle - szybko się nakłada plus  wygoda na długich spacerach.



14. Kawa,kawa,kawa - ja osoba nie pijąca kawy, teraz mam w domu ekspres z prawdziwego zdarzenia - staram się nie pić codziennie,a jedynie wtedy ,kiedy spałam już naprawdę niewiele. Preferuje latte i cappuccino z mlekiem migdałowym , i dodatkiem musu kokosowego lub masła orzechowego - taki mój mały umilacz mniej więcej co drugi dzień.

A Ty droga Mamo ,co dopisałabyś do tej listy ?




piątek, 18 maja 2018

Moje (nie) idealne ciało

Po tym jak umieściłam kilka zdjęć w sieci 2 tygodnie po porodzie - dostałam dużo miłych słów na temat mojej figury. Oczywiście niezwykle to budujące - zwłaszcza jak takie słowa pisze kobieta - kobiecie ,ale muszę się troszkę wytłumaczyć i powiedzieć Wam, że wcale je jest tak idealnie.



W ciąży przytyłam tylko 6kg ,wiec wg mojego lekarza nie przytyłam nic,bo waga Dzidziuśka, krwi i wód płodowych dokładnie tyle ważyła. Moja niska waga spowodowana była tym, że przez 5 miesięcy właściwie wymiotowałam non stop i waga spadła poniżej mojej wyjściowej. Gdyby ją liczyć od tego to przytyłam 10 kg, przez kolejne 3 miesiące nie miałam apetytu w ogóle, od wielu potrwa mnie odrzuciło - właściwie mogłabym jeść tylko ziemniaki ,których przed ciąża nie spożywałam w dużych ilościach. W ostatnim miesiącu dostałam leki na podniesienie apetytu, one spowodowały wówczas wzrost wagi o 2kg.




Tydzień po porodzie moja waga wynosiła kilogram mniej niż waga wyjściowa i ta którą chce mieć , czyli 58 kg , dzisiaj ten stan utrzymuje się na tym poziomie lub 1 kg wyższa,w zależności od tego co zjem.


Myślę,ze mimo wymiotów na moja wagę miał wpływ jednak wcześniejszy tryb życia - dużo aktywności sportowej i zdrowej, pełnowartościowej diety.

W stanie błogosławionym również starałam się jeść zdrowo i pic dużo wody i jedyne zachcianki to wspomniane  ziemniaki - najlepiej opiekane na patelni. Chodziłam na spacery i ćwiczyłam z płytą Anny Lewandowskiej przeznaczoną dla kobiet w ciąży.

Od 4 miesiąca smarowałam ciało olejkami,kremami i balsamami przeciwko rozstępom - udało się ich uniknąć.

Dlaczego zatem moje ciało nie jest idealne ? 

Bo jest sflaczałe, brak mu jędrności i sprężystości, nie mam moich zarysowanych mięśni - jest brzydka skóra.

Drugim powodem nieidealnego ciała jest brak kondycji i szybkie męczenie się .Gdzie się podziała moja wytrzymałość ?

I dwie ostatnie rzeczy ,które doprowadzają mnie do niezadowolenia 😙 - cellulit i zatrzymanie wody w organizmie, przez co czuje się jak ponton - napuchnięta i sama dla siebie nieatrakcyjna.

Jak aktualnie walczę z tymi niedogodnościami ? 

Sprężystość ,jędrność i cellulit odbudowuje spacerami i kosmetykami wraz ze specjalną szczotką z wypustkami z włosiem. Za każdym razem pod prysznicem masuje miejsca zawalone pomarańczową skórką, aż do czerwoności, potem wmasowuje już dłońmi olejek przeciw rozstępom. Masażer dostaniecie w Rossmmanie.



Kondycję odbudowuje spacerami i chyba to mi na dłużej na razie może zostać ,ponieważ nie mam zielonego światła na inne aktywności sportowe, co napala mnie złością. Muszę jednak być cierpliwą, aby nie zrobić sobie krzywdy,bo w końcu chcę zrobić formę życia ;) kiedyś trzeba !

Piję dużo wody i herbatę z pokrzywy oraz moją ulubioną białą! Wróciłam też do codziennego picia wody z cytryną o poranku ,która mnie pobudza do działania.

Jem zdrowo, ale znacznie więcej , ze względu na to, że karmie Dzidziuśka. Przyznam się, że zdarza mi się podjadać między posiłkami i strasznie mnie to wkurza, sama siebie nagradzamy za trudy macierzyństwa. Mam nadzieje,ze wygram walkę z tymi nadprogramowymi przekąskami.


Jaki mam plan powrotu do aktywności?

W najbliższym czasie mam kilka wizyt lekarskich, potem badania i spotkania z fizjoterapeutą. Moje treningi chce oprzeć na tabatach ( są szybkie, budują kondycję  i spalają tłuszcz),ćwiczeniach na kręgosłup ( nabawiłam się bólu od noszenia Franco ) , lekkich i krótkich przebieżkach i przede wszystkim ćwiczeniach cardio, aby to moje ciało wróciło do poprzedniego stanu, ba nawet było lepsze.


Także widzicie,ze moje nieidealne ciało to dobre fotki i ubrania ( ale, ale w jeansy, rurki sprzed ciąży się mieszczę, we wszystkie ciuchy się mieszczę, jednak  większość nie leży tak dobrze, jakbym tego chciała ).Kiedy mój plan ćwiczebny wprowadzę w życie ?  - dowiem się pod koniec maja.

Życzę sobie cierpliwości w dążeniu do formy życia ;)

Wasza Evel z Wtulonym Franco ;)

niedziela, 6 maja 2018

Energia !

Tak,tak ja prawie miesiąc od porodu i rewolucji życiowej będę dzisiaj pisać o tym jak tą energią zarządzać.  I od razu mówię - nie jestem idealna w tym zakresie, a odkąd zostałam mamą , tym trudniej jest mi skupić się na poniżej zaprezentowanych przez Tonego Schwartza obszarach.

Schwartz twierdzi ,że są cztery źródła zarządzania energią :

1. To CIAŁO - i sfera zdrowego stylu życia -  jedzenie ( pełnowartościowe, bezcukrowe , regularne) , woda i odpoczynek  - przede wszystkim sen ( z tym to ciężko nie tylko u młodych matek ;) ) i oczywiście aktywność fizyczna. Nie jest to jakieś odkrywcze ,ale wszyscy zgodzimy się z tym ,że pomaga w życiu czuć się lepiej, a treningi i zawody sprawiają,że ma się więcej siły do życia.




2.Drugie źródło to UMYSŁ - i tutaj obalenie mitu na temat wielozadaniowości. Człowiek wykonując jednocześnie kilka rzeczy , tak naprawdę nie skupia się na żadnej. Jest również o tym w książce , którą Wam niedawno polecałam " Pełnia Twoich możliwości". Niestety w moim przypadku nad tą strefą muszę obecnie popracować.Macierzyństwo jest zaprzeczeniem teorii skupienia się na jednej rzeczy. Działasz jak najszybciej i robisz 5 rzeczy naraz - karmisz dziecko, włączasz zmywarkę, nastawiasz pranie i gotujesz zupę - a to wszystko w jednym czasie. Zdecydowanie nie jestem na etapie życia , gdzie muszę się skupić konkretnie na jednej rzeczy. Zwyczajnie się nie da przy małym szkrabie.



3.Trzecia sfera to EMOCJE - i świadomość ich przeżywania oraz sposób w jaki sobie z nimi radzimy. Każdy z nas powinien mieć jakiś trik ,aby nad tymi negatywnymi zapanować ,a dobrymi umiejętnie zarządzać. Emocje w macierzyństwie to temat rzeka. Mi samej zdarza się płakać bez powodu, albo krzyczeć na Jacę, bo coś robi o minutę za długo. Ta sfera u mnie w obecnym stanie wymaga poprawy, ale jestem dobrej myśli i wiem ,że jak już do końca się z małym człowiekiem ułożymy to będzie zdecydowanie lepiej. Na razie nad tym pracuje.

4. I ostatnie źródło - DUCH - tzw. Energia żywiołu. To wartości jakie w życiu wyznaję, kodeks postępowania , pewne zasady, priorytety. Aby je ustalić należy odpowiedzieć sobie na kilka pytań : Jakie są moje wartości ? Jak chciałabym być zapamiętana ? Do czego w życiu dążę ? Co chciałabym osiągnąć ? itd.....



Zadanie jakie otrzymałam z zakresu zarządzania swoją energią polegało na określeniu poziomu mojej energii w skali od 1 do 10.
Nie wypadłam imponująco , poddałam się samokrytyce,ale podziałało to na mnie mobilizująco. Zwłaszcza, że potrzebuje teraz takich bodźców, w czasie który nie jest dla mnie łatwy.

Przesyłam przy niedzieli moc energii oraz myśli nad nią , abyście mogli korzystać z życia jak najwięcej.

wtorek, 27 marca 2018

Jak ciąża nauczyła mnie pokory ?

Wiadomość o tym, że na świecie pojawi się nasz mały człowiek,była dla nas ogromnym szczęściem. Już planując Dzidziuśka myślałam sobie również jak te moje 9 miesięcy będzie wyglądało - odpocznę od pracy ,w końcu się wyśpię, będę gotować i piec jeszcze więcej, 5x w tygodniu trening i w końcu wszystko będę robić wg własnego rytmu,a nie w przyspieszonym tempie, aby się wyrobić i nie nawalić na żadnym polu....

I od samego początku spotkały mnie rozczarowania - już w pierwszym miesiącu ciąży trafiłam do szpitala, brzuch bolał mnie okrutnie ,trzeba było podawać kroplówki - ja osoba,unikająca lekarzy i szpitalnej atmosfery,a jeszcze bardziej igieł musiałam po raz pierwszy przyzwyczaić się do czegoś, co okazało się w moim przypadku wręcz codziennością.



Minął tydzień od wyjścia ,czułam się bardzo zmęczona i przyszedł kolejny objaw ciąży - wymioty,dzień i noc...wymiotowałam nawet wodą, nie mogłam nic jeść, wytrwałam tak 2 tygodnie, aż w nocy obudziłam męża i powiedziałam, że musimy jechać na izbę przyjęć,bo nie mam już siły. Izba okazała się okropna - leżałam na ławce pod szpitalem, wymiotowałam do śmietnika i czekałam 2h na przyjęcie,mimo, że nikogo nie było ! Po zbadaniu ogólnym, próbowano podać mi zastrzyk i kroplówkę ,ale moje ciało było tak wykończone i odwodnione, że nie znaleziono żadnej żyły ! Wezwano anestezjologa ,który próbował na różne sposoby wyszukać chociaż jedną żyłkę ,ale nic z tego...wypisano mnie nad ranem z lekami przeciwwymiotnymi,które i tak później zwymiotowałem :(  rano zadzwoniłam do swojego lekarza prowadzącego, który natychmiast kazał się zgłosić do szpitala - zostałam przyjęta ze skrajnym odwodnieniem,anemią i zdecydowanie za niską wagą. ( macie odpowiedź na Wasze pytanie dotyczące tego , jak to zrobiłam ,że tak mało przytyłam w ciąży).

Spędziłam 1,5 tygodnia  na szpitalnym łóżku - niestety wymiotów nie udało się powstrzymać, ale chociaż zostałam nawodniona kroplówkami. Moja męczarnia i jadłowstręt trwały przez kolejne 3 miesiące. Jedyne co mogłam jeść, to starte jabłko, zrobione przez Męża. A niby miałam tak gotować i piec.....kolejna lekcja pokory.

Przez kilka tygodni moje życie płynęło w końcu bardzo dobrze, wreszcie czas na aktywność sportową, książkę i gotowanie.Całkiem miło wspominam ten czas.

W lutym okazało się, ze mój ból kręgosłupa nie jest bólem kręgosłupa, tylko nerek i rozpoczęła się 3 wizyta w szpitalu - w międzyczasie zrobiono mi inne badania , i okazało się, ze nie tylko nerki mi siadły, ale również wątroba - znowu zastrzyki,kroplówki i utaczanie krwi - tym razem tą wiadomość przyjęłam z myślą,ze skoro tyle dostaje od losu tzn, ze jestem w stanie tyle udźwignąć. Lekarze zapewniają, że wszystkie moje "choroby" ciążowe minął po porodzie. Oby.




Nie minęło 3 tygodnie i  wizyta na której mieliśmy się dowiedzieć szczegółów a propo porodu i lekarz odkrył kolejne schodzenia, kiedy powiedział, że pisze skierowanie "na już" do szpitala, razem z Jacą zaczęliśmy się śmiać ! Było to dla nas tak absurdalne. Ale przyszło się zderzyć kolejny raz z leczeniem, które mnie zaskoczyło, z innym wymiarem bólu - dałam radę .Chociaż w sytuacji kryzysowej, kiedy rano lekarz mi powiedział, że niestety, ale prawdopodobnie musimy Dzidziuśka wyciągnąć wcześniej, bo mój organizm jest mocno przeciążony tym wszystkim co mi się przytrafiło - mocno się zestresowałam....przecież jeszcze tyle czasu ! Teraz już łzy mi poleciały ,z bezsilności i chyba ze strachu - kolejna lekcja pokory wobec losu.

 Już wiemy,ze nasz Bobas będzie wcześniej z Nami, nie wiem tylko czy na święta czy już po - niestety nie ma innej możliwości, aby go przetrzymać - za duże ryzyko dla dziecka i dla mnie.

Tak ciąża nauczyła mnie pokory wobec życia,losu,planowania....scenariusz w dużej mierze jest już napisany, a my niekoniecznie bierzemy udział w jego tworzeniu, ewentualnie możemy starać się, aby jak najgodniej odegrać swoją role, mimo, że nie zawsze ona nam się podoba.
Czasami jest bardzo,bardzo ciężko - nie poddaje się ,bo wiem,ze,aby osiągnąć dany cel czy spełnienie marzenia - trzeba przejść ciężką drogę -wtedy jest się naprawdę spełnionym człowiekiem.
Kiedy mi żle , przypominam sobie wszystko to co udało mi się do tej pory osiągnąć. Pomaga. Oby pomogło też już na finiszu.

 Przede nami ostanie kilometry maratonu - te najcięższe ,pełne bólu i determinacji ,ale na mecie zawsze,zawsze są łzy szczęścia ,i oby tym razem tez tak było !
To co widzimy się na mecie ?