wtorek, 2 maja 2017

"Bo ja drogę lubię długą, długą....bo ja wolę ufać własnym nogom" - GÓRY akt 2

Trochę mi zeszło z poukładaniem wszystkiego co chciałabym napisać o górach i pewnie jeszcze to potrwa,ale mam tak mnóstwo wspomnień górskich,że zwyczajnie nie wiem co pisać :)

Ostatnio rozważania skończyłam na wejściu na najwyższy szczyt Tatr w Polsce - Rysy. Kolejny sezon to wypad z grupą znajomych na Orlą Perć - dla niewtajemniczonych najtrudniejszy i najniebezpieczniejszy  szlak w Polsce, prowadzący przez stoki,granie, szczyty, przełęcze.
To najdłuższy graniowy szlak w naszym kraju. I muszę powiedzieć ,że to był wyczyn. Taki z którego byłam później dumna.


Orlą Perć można przejść albo etapami ,albo po całości - my porwaliśmy się na drugą opcję, bardziej hardcorovą. Spaliśmy w schronisku w Murowańcu, tak ,aby ruszyć skoro świt na górską przygodę. Zaopatrzyliśmy się w wodę, której okazało się za mało - na szczęście, znaleźliśmy górskie strumyki, z których czerpaliśmy źródło nawodnienia organizmu. W plecaku oprócz wody, coca - coli są też kanapki i słodycze. Nie lada wyczyn przed nami więc trzeba się zaopatrzyć. Szło się całkiem nieźle, aczkolwiek nie oszukujmy się kondycję trzeba mieć, raczej człowiek ,który nie uprawia żadnego sportu, wymięknie.


Droga przez szczyty jest cudowna,  mijamy turystów w różnym wieku, zmierzających albo tak jak my w stronę Orlej albo na poszczególne szczyty. Ciągle idziemy, praktycznie zero odpoczynku, wiemy ,że pogoda w górach zmienia się ok. 13, więc gonimy ile sił w nogach.
Szlak jest wymagający - niezbędne są rękawiczki, tak ,aby nie poranić sobie o skały i łańcuchy dłoni, raczej na siniaki na nogach trzeba się przygotować. Przy samej końcówce jest mini przepaść, która mimo wszystko robi wrażenie, ponieważ trzeba zrobić duży krok lub ją przeskoczyć. Niestety w historii szlaku wpisały się też przypadki śmiertelne. Na pewni przed wyjściem na Orlą trzeba sprawdzić pogodę, w przypadku burzy , może się cała wycieczka skończyć tragicznie. Ponieważ kompletnie nie ma się tam gdzie schować ,a bliskość łańcuchów i metalowych drabinek nie pomaga sytuacji. Przeżyłam burzę w drodze na Kazbek i uwierzcie mi - nie chcę więcej tego powtarzać. Była to jedna z najstraszniejszych chwil w moim życiu.
Po prawie 9h , a może 10 h marszu udało nam się skończyć szlak. Tuż przed zmianą pogody - co widać na zdjęciu. Wykończeni, już po zmroku docieramy do schroniska, pijemy pokrzepujący złoty napój, rozmyślamy o tym czego dokonaliśmy  i zasypiamy....szczęśliwi i spełnieni.




Tatry są magiczne, piękne,potężne, niedostępne i niebezpieczne. A mimo to uważam ,że w Polsce nie ma wspanialszych gór. Jeżdżę tam dosyć często, jeden z ostatnich wypadów był z paczką znajomych, udało nam się wtedy fajnie podzielić , każdy działał tak jak się czuł na miarę swoich możliwości. My z Jacą weszliśmy na Kościelec, poprzedniego dnia z Agą na Kasprowy i dalej na Świnicę.  A reszta znajomych na Sarnie Skałki, Nosal i inne. W Tatrach każdy znajdzie dla siebie odpowiednią górę i też dokona wyczynu, pokona swoje słabości lub zwiększy możliwości.
A kiedy w Tatry ? Mam nadzieję ,że uda się w czerwcu. Trzymajcie kciuki ! :)

poniedziałek, 27 lutego 2017

Milano Italiano


W tym roku na zimowy urlop wybraliśmy się do Mediolanu. Jest to już nasz 4 raz w Italii. Wybór padł akurat na stolice Lombardii z dwóch względów - tanie loty ( za bilety w dwie strony zapłaciliśmy po 186 zł od osoby,pewnie da się znaleźć taniej ) oraz dlatego, że przytłoczeni zbyt długą zimą w Polsce, szukaliśmy chociaż odrobinę słońca i ciepła. Z tym drugim udało nam się w 100 %, przez 3 dni pobytu słońce świeciło non stop na bezchmurnym niebie, temperatura wynosiła 15 stopni i bardzo często ściągaliśmy kurtki.



Dzień Uno

 Rozpoczęliśmy pysznym śniadaniem i od razu ruszyliśmy zobaczyć fresk  Leonarda da Vinci  "Ostatnia Wieczerza".Bilety zakupiłam jeszcze w Polsce przez internet. Ważne ponieważ kiedy się ich nie posiada to nici z obejrzenia tego wspaniałego działa sztuki. Za bilet zapłaciłam od osoby 96 zł ,plus były w tym wejściówki do katedry i muzeum Duomo . Jeśli chodzi o samo wejście do miejsca gdzie znajduje się  fresk, jest to dosyć skomplikowana procedura. Grupy są wpuszczane co 20 minut, należy przejść przez dwie pary drzwi zabezpieczeń, w każdym czekając ok. 2 minut na otwarcie kolejnych drzwi.  Można spokojnie kontemplować przez określony czas dzieło Leonardo. Myślę ,że za jakieś kilkadziesiąt lat nie będzie co oglądać bo tynk odpada, a okazało się,że jest to wina samego Da Vinci, który za szybko położył farbę na niewyschnięty tynk.
Fresk robi wrażenie, ale jak się później okazało ,dużo większe zrobił na mnie obraz Caravaggio "Wieczerza w Emaus".Przepiękne dzieło. 






Następnie udaliśmy się na Plac Katedralny i od razu wbiło nas w ziemie. Katedra robi piorunujące wrażenie, jest zachwycająco piękna, dopracowana w każdym calu (jednak nadal nie przebiła Sagrady Familii ). Mogłabym na nią patrzeć i patrzeć,do tego stopnia mnie zauroczyła, ze wyciągnęłam Jace następnego dnia ,aby jeszcze raz się pozachwycać. W środku nie jest już tak piękna, ale nam się udało trafić na słoneczną pogodę, dlatego witraże wyglądały niezwykle magicznie.
Jest możliwość wejścia lub wjechania na dach katedry,aby obejrzeć panoramę miasta. My oczywiście ruszyliśmy step by step i był to dobry wybór.Na górze okazało się,ze jest równie pięknie. Najważniejsze zabytki zlokalizowaliśmy, posiedzieliśmy w słońcu,pomarzyliśmy i ruszyliśmy dalej.



Obok katedry znajduje się najstarsze centrum handlowe  chyba w  całej Europie.Jest to piękny,zabytkowy budynek,w którym mieszczą się butiki samych najlepszych i najbardziej znanych projektantów ,nie tylko tych z Włoch. Nie bez powodu mówi się ,ze Mediolan to stolica mody.Potwierdzam w 100 %.Włoszki i Włosi "noszą się" niezwykle elegancko, na porządku dziennym są futerka, płaszcze, poncha i obowiązkowo markowa torebka Louis Vuitton, Michaela Korsa,Liu Jo ,Calvina Kleina czy inne. A no i kapelusze, które uwielbiam. To wszystko stanowi niesamowity szyk i klasę.



Zwiedziliśmy muzeum sztuki sakralnej i poszliśmy korzystać z uciech kuchni włoskiej - pizza ,jakiej w życiu nie jadłam i do tej pory nie wiem co w niej było,bo karta była tylko po włosku,wino,ser i smaczne oliwki....moje podniebienie cieszyło się  jak dziecko, co prawda po trzech dniach tejże, niestety jednak ciężkiej kuchni żołądek cierpiał....ale było warto.

Dzień due

Rozpoczęliśmy do spaceru do Zamku Sforzów, sam budynek z zewnątrz wygląda okazałe, ale na pewno nie robi takiego wrażenia jak Wersal. Zwiedzanie jest dosyć tanie, koszt 5€ .W środku można zwiedzać różne wystawy z przeróżnych epok, my nauczeni doświadczeniem, najpierw wybieramy to co chcemy zobaczyć a potem to co by wypadało a na końcu już jak nam się chce. 
Przede wszystkim nie mogliśmy nie zobaczyć Piety Michała Anioła. Jest to rzeźba, której artysta nie dokończył,stąd też jego wielka popularność. 



Potem udaliśmy się do parku i tak na ławce spędziliśmy długie godziny, wygrzewając się jak kociaki na słońcu.Ach! jakże to było nam potrzebne! Tak nic nie robić i po prostu wyłączyć wszelkie myślenie. Po tym lenistwie poszliśmy zobaczyć Łuk triumfalny, który dla samego siebie wybudował nasz boski cesarz Napoleon. I muszę przyznać,ze był to jeden z piękniejszych łuków jakie widziałam do tej pory.



Jak Włochy to muszą też być włoskie lody i na takie się udaliśmy, co prawda wieczorem była wizyta w Farmacii ,bo śliny nie dało się przełknąć, ale inaczej nie miałabym zaliczonej Italii. Lody są jedynym pożywieniem, które mogę jeść w liczbie nieograniczonej i jedynym, który podjadam od innych.

Dzień Tre

Na koniec tripa zobaczyliśmy Bergamo. Miasteczko oddalone o kilkadziesiąt kilometrów od Mediolanu jest urocze, klimatyczne i ciepłe. Stare miasto pozwala na błądzenie pomiędzy wąskimi uliczkami, siedzenie w słońcu pod Biblioteką, czy zajadanie kolejnej pizzy na schodach urokliwej kamieniczki. 
Katedra znajdująca się w samym sercu Bergamo jest piękna. W środku natomiast przeraźliwie zimno i mroczno. 
Najcudowniejsze chwile spędziliśmy na zamku, który znajduje się na samym wzgórzu ,wspinając się na szczyt oglądaliśmy panoramę miasta, a już na samym szczycie, w jego ogrodzie, siedzieliśmy w słońcu opalając buziaki , rozmyślając i zaczytując się w książkach. Beztrosko. Wspaniale. Uroczo....










sobota, 4 lutego 2017

Akcja regeneracja

Ostatnio mam za zadanie nauczyć się odpoczywać i relaksować. Okazało się ,że jest to niezwykle trudne.
Jako formę relaksu i odpoczynku zrobiłam dzisiaj dzień spa dla ciała i twarzy.
Pewnie kiedyś zrobię dokładny opis pielęgnacji twarzy , chociaż nie jest on jakiś odkrywczy, bo staram się trzymać metody koreańskiej. Ale mogę podzielić się kosmetykami , których  używam i polecam.

Wielką przyjemność sprawiają mi wszelkiego rodzaju peelingi i maseczki do twarzy i ciała. Dzisiaj po raz pierwszy użyłam białej  glinki francuskiej do zrobienia samodzielnie. Glinkę zakupiłam w biomarkecie ( w którym od czasu do czasu zaopatruję się kosmetyki) ,kosztowała ok 7 zł. Dodałam do niej wodę i olejek arganowy , którym czasem nawilżam na noc buzię. Minusem glinki jest to ,że się mocno kruszy i można pobrudzić sobie mieszkanie( jeśli wykonuje się glinkowanie całego ciała)
Po zabiegu twarz i ciało mocno wyczyszczone i gładkie , wskazane dodatkowe nawilżenie ciała.



Używam od czasu do czasu węglowej maseczki himalajskiej z The Body Shop, cena ok. 90 zł , na bardzo długo wystarcza i bardzo dobrze złuszcza, oczyszcza i detoksykuje  całe ciało. Ja stosuje również na twarz. Czytałam ,że taką maseczkę można wykonać w domu samodzielnie. Jeszcze nie próbowałam. Jedynym minusem jest to ,że trudno się ją zmywa z ciała ,a druga sprawa dotyczy tego , że  brudzi wannę/prysznic - później wielkie szorowanie.


W biomarkecie  do oczyszczania zakupiłam również korund kosmetyczny - koszt ok 5 zł , jest to baza pod samodzielnie wykonany peeling, jej skład to  tlenek glinu , który jest stosowany w salonach kosmetycznych do mikrodermabrazji. A sami wiemy ,że bardzo dobrze oczyszcza,złuszcza,usuwa martwy naskórek i  poprawia krążenie skóry Nie stosować często , bo można sobie uszkodzić skórę.

Gustuję w maseczka z firmy Avon Planet spa , mam właściwie wszystkie - energetyzujące, odżywcze, rewitalizujące,nawilżające, oczyszczające,odprężające..... używam 2 razy w tygodniu. Wcześniej zazwyczaj robię peeling enzymatyczny. Lubię ten z ZIAJI.

Ale tak najbardziej to lubię te maski, które są w płachtach. Cieszę się ,że są już teraz tak bardzo dostępne. Najczęściej kupuję w TK Maxx lub Super Pharmie.

Dbajcie o buziaka, w każdej porze roku :)









niedziela, 1 stycznia 2017

Podsumowanie 2016 roku i Mapa Marzeń 2017

Każdego roku 1 stycznia rozpoczynamy pisać swoją książkę, która ma 365 stron (lub 366). To od nas zależy jak będzie jej treść, przygody,emocje, marzenia,spotkania, podróże...to my decydujemy czy będzie to tom ,który chcemy czytać i wspominać z zapartym tchem.

Co roku spisuje marzenia/cele/wyzwania i co roku je podsumowuje. 

2016 był rokiem pod tytułem "PRACA" - ale tytuł nadałam tej książce dopiero wczoraj, kiedy podczas ostatniego biegu rozmawiałam o tym z moim Jacą i stwierdziliśmy ,że był to w pełnym tego słowa znaczeniu rok bardzo PRACOWITY. 





Rozdział : "Rodzina"  - ciągle brakuje czasu ,aby spędzać go w gronie rodzinnym , w moim ukochanym Lu. Niestety nie ma go tak dużo również w relacjach z Mężem - zawsze chciałoby się więcej i więcej i każda wolna chwila jest świętością. To jest moje ogromne marzenie ,aby tego czasu było więcej dla nas samych.



Rozdział :" Sport" tutaj działo się wiele - udało mi się zrobić ponad 150 treningów fitnessowych - a założonych było 130 . Przebiegłam 400 km - tu akurat jestem niezadowolona, bo to bardzo mało :( , ale nie miałam czasu na dłuższe wybiegania. Pocieszeniem jest nowa  życiówka i udział w większej ilości biegów ulicznych. Nie udało się zdobyć Korony Połmaratonów -  od samego początku chcieliśmy to robić Razem - ale życie nas zweryfikowało - okazało się ,że prawie na każdym półmaratonie, albo Jaca albo ja pracowaliśmy. Pomysł zaniechany - pewnie do emerytury;)
Na 21  km też udało się zejść poniżej 2h. To takie małe sukcesy, które budują coś większego. 



Rozdział : "Podróże":Tutaj wyszło ponad normę - byliśmy na weekend w Trójmieście, potem w Toruniu, w zimie pojechaliśmy do Paryża i zakochałam się w Wersalu. A wakacje spędziliśmy w naszym stylu ,czyli z plecakami przemierzając Chorwację. I odhaczam kolejne pasma górskie w Europie,które udało mi się przemaszerować. 



Rozdział :"Książki"  jestem z siebie dumna - przeczytałam 22 tytuły :)

Oczywiście tych rozdziałów mogłoby być więc, ale czasami wystarczy tylko kilka. Jestem wdzięczna, że tyle rzeczy udało mi się zrobić i osiągnąć,doświadczyć rożnych emocji i tych dobrych i tych złych, sprawdzić swój charakter i wytrzymałość. Przesuwać wciąż horyzont. 



Z przyjemnością czekam na to co mi przyniesie Nowy Rok . Wiem, że nie będą to tylko chwile szczęścia, ale każde przyjmę, bo  każde są ważne. 
A dzisiaj kreuje swoją nową mapę marzeń i z radością i ciekawością wchodzę w 2017. 
W tym roku porzuciliśmy żółte karteczki na rzecz własnie plakatu marzeń, który podpatrzyłam na FLIPOWANIU. Jakie planuję rozdziały ? 

Rozdział 1 : " Miłość i Partnerstwo " - więcej czasu dla naszej Miłości, i dla Rodziny. 
Rozdział 2 : " Mądrość" - mniej przejmowania się pracą, oraz poddanie się testowi silnej woli 
( o czym niebawem napiszę ,na razie przygotowuje się mentalnie) 
Rozdział 3 : " Zdrowie " - muszę się rozprawić z bolącym mięśniem dwugłowym oraz dalej podtrzymywać profilaktykę biodorow- kręgusłopową, odżywiać się w dalszym ciągu zdrowo i świadomie. 
Rozdział 4 : "Twórczość" - autorskie programy zawodowe.
Rozdział 5 :" Książki" - dalej utrzymuje stan 20 książek :) 
Rozdział 6:" Wiedza/Nauka" - może nowe studia? może nowy kurs :) ? 
Rozdział 7:"SPORT" - 140 treningów fitnessowych , 460 km biegania, Maraton , Pierwszy Triatlon, przesunąć granicę na 10 km i na 21 km , 2 x w miesiącu basen i ścianka.....
Rozdział 8:" Podróże" - 2 wyjazdu poza granice kraju ( pierwszy już w lutym !!!) , i takie moje marzenie weekend w Siedlisku Sobibór i wyjazd z przyjaciółmi  w polskie  góry....
Rozdział 9....10...11....życie napisze :) a ja coś dopiszę i na pewno namarzę jeszcze mnóstwo marzeń.....



Miłości, czasu , energii , spokoju i wyzwań w Nowym Roku !!!





niedziela, 11 grudnia 2016

"Wtedy stań na największej z gór..." o tym jak narodziła się pasja w kilku aktach. Akt 1.

Długo się przygotowywałam do napisania tego posta. Mimo ,że góry są moją wielką miłością, pasją , moim motywatorem, napędzaczem,sensem to tak naprawdę jest mi o nich zawsze ciężko mówić, a jeszcze ciężej pisać. Może tym razem się uda.



Pasja do gór rozpoczęła się mniej więcej w wieku 16 lat, kiedy zupełnie nieświadoma zgłosiłam się na obóz wędrowny, który trwał 3 tygodnie. Kiedy po raz pierwszy spakowałam swój plecak byłam przerażona...ważył chyba z 50 kg. Wzięłam chyba wszystko...oczywiście musiałam go przepakować. Nagle okazało się ,że zabieram nie 20 koszulek ( każda ,świeża na 1 dzień), ale muszę się wyrobić w 3 do 5. Nie mogę zabrać kosmetyczki pełnej różnych balsamów do każdej części ciała, a trzeba zabrać jeden do wszystkiego itd itd.... udało się, spakowałam się , plecak ważył połowę mniej. Dzisiaj wiem ,że wystarczy mi jeszcze mniej rzeczy, potrafię się spakować w kilka minut.

Obóz był niezłą szkołą przetrwania, większość moich znajomych w trakcie zrezygnowała, wróciła do domu. Nie dawali rady nieść plecaka i jeszcze dodatkowych rzeczy takich ja prowiant dla grupy, naczynia ,aby moc przyrządzić jedzenie na ognisku, czasami też rzeczy kolegi czy koleżanki, która nie daje rady ,ale walczy ze swoimi słabościami .

Podobało mi się coraz bardziej, podobało mi się ,że wszystko czego potrzebujesz masz na swoich plecach. Podobało mi się ,że każdego dnia dochodzisz do celu i tak naprawdę nie wiesz gdzie będziesz spał , a spaliśmy wtedy i w schroniskach ( to był luksus ) ,ale też w parku na nielegalu , gdzie trzeba było się szybko rozbić z namiotem i jeszcze szybciej zwinąć nad ranem.

Nauczyłam się ,że w górach nie można być tylko dla siebie, że trzeba tez czasami zrobić posiłek dla reszty, ustąpić w kolejce do mycia, pomóc w spakowaniu,złożeniu śpiwora.
Nauczyłam się prostych rzeczy - takich jak rozbicie namiotu w kilka minut niezależnie od pogody. Wiem jak sobie poradzić bez problemu z rozpaleniem ogniska w każdych warunkach, jak przebrać się w namiocie teoretycznie 3 osobowym a praktycznie 4 osobowym. Poradzę sobie z myciem bez dostępności łazienki i  z różną temperaturą wody.




To było cudowne doświadczenie, a ja z każdym dniem wiedziałam ,że to jest TO. TO  co mnie pociąga, co mnie kręci, napędza,daje mnóstwo energii i pokazuje jak na dużo mnie stać. Mimo ,że przeszłam ponad 300 km, schudłam do granic możliwości , nie dojadałam,nie dosypiałam ,chodziła niedomyta to było własnie TO. I tak się zaczęło....

Zaczęłam czytać mnóstwo książek o tematyce górskiej. Rutkiewicz, Kukuczka,Wielicki - moje górskie autorytety. Rozpoczęłam pracę z mapą - przyglądałam się gdzie są te wszystkie szczyty, które oni kiedyś zdobywali, uczyłam się sloganu górskiego, powoli kompletowałam profesjonalny sprzęt górski. Czułam jak pasja rośnie we mnie.



W liceum jeździłam w Bieszczady , poznawałam polskie góry , te dzikie , niesamowite, o każdej porze roku. Bez problemu maszerowałam na Tarnicę, czy Połoniny, myłam się w strumyku, jadłam jedzenie przyrządzone na palniku turystycznym, spałam w namiocie w deszczu i w totalnym skwarze.

Potem na studiach zdobywałam systematycznie Koronę Gór Polskich. Ciągnęłam znajomych w te moje góry, ale przyznam ,że już wtedy powolutku realizowałam swój plan....swoje marzenie....swój nad poziom marzeń....wiedziałam,ze chcę na Blanca.....


Studia to czas kiedy nie było roku ,abym nie była w Tatrach....bywał czas, ze w piątek brałam plecak,  i wracałam dopiero w poniedziałek na zajęcia . Wszystko po to ,aby się napałać Tatrami.


Zakopane znam jak własną kieszeń, nie ma takiej możliwości ,abym nie wiedziała ,gdzie jestem. Na szczęście zostało mi to do dzisiaj. I o dziwo pierwszym wspólnym wyjazdem z moim mężem ( wtedy chłopakiem) było Zakopane i Tatry - był pod wielkim wrażeniem ,tego  jak dobrze znam te tereny.

W Tatrach jestem zakochana po dziś dzień. Uważam je za najpiękniejsze góry w Polsce. Są majestatyczne, tajemnicze,niebezpieczne,zachwycające...najpiękniejsze są własnie teraz ,kiedy mają ośnieżone szczyty...

W między czasie w polskim himalaizmie pojawił się Piotr Morawski, Kinga Baranowska....czytałam każdy wpis na ich stronach, mocno przezywałam wyprawy i mocno przeżyłam śmierć Piotrka.

Przyszedł czas na Rysy. Był czas,pogoda sprawdzona, w między czasie miałam operację ręki, ale wiedziałam ,że to nie może popsuć moich planów. Na szczyt weszłam ze szwami na ręce. Pamiętam,  że spałam razem z moim przyjacielem w schronisku pod MOKiem , już któryś raz próbowaliśmy wejść na Rysy, ale zawsze pogoda psuła nam szyki. Sen był masakrą - spałam sama w schronisku z jakimiś 20 facetami, którzy całą noc chrapali ! Ci co mnie znają wiedzą, ze abym się wyspać muszę mieć absolutną ciszę  - od tego czasu zawsze zabieram w góry zatyczki.
Rano ok 5 wyruszyliśmy na szlak. Szło się bardzo fajnie, prułam do góry niczym kozica, szczyt zdobyty ok. 9 rano, potem zejście , i najlepsze piwo pod słońcem, którego smak pamiętam do dzisiaj. Pod koniec zejścia , plątały mi się nogi. Jak przez mgłę pamiętam ,że albo wyrżnęłam klina, albo się mocno potknęłam ,ze pozdzierałam kolana. Nie zraziło mnie to. Pokazało ,to o czym pisali moi idole, ze zejście jest zawsze trudniejsze niż wejście. A to dopiero Rysy....zaledwie 2499 m nad poziom marzeń....malutki krok do mojego MARZENIA....



A o kolejnych górach niebawem....;)

wtorek, 27 września 2016

Jesienne wspomagacze

Jesień lubię czasami - kiedy jest w miarę ciepło, kiedy liście mienią się kolorami ,a ja mogę biegać po lesie i kiedy pada deszcz wtedy  piję gorącą  herbatkę w domu i jestem z Jacą.

Jesieni nie lubię za zbyt krótkie dni ,chlupę,  szarugę i za przeziębienia...dlatego często wspomagam się naturalnymi dopalaczami.

W pierwszej kolejności jest to mój eliksir - woda przegotowana z miodem zalana wieczorem,( nie wrzątkiem) rano dodaję cytrynę i dolewam ciepłej,przegotowanej wody - wypijam codziennie przed śniadaniem. 

W ciągu dnia raczę się herbatą..dużą ilością herbaty - nie lubię czarnej ,ale ubóstwiam białą, sypaną, liściastą. Zaparzana w temperaturze 90 - 80 stopni, następnie posłodzona, miodem. Biała herbata ma bardzo dużo witaminy C, wspomaga koncentrację ,ale jednocześnie działa pobudzająco i odświeżająco ( jeśli chcesz odstawić kawę to biała herbata jest bardzo dobrym zastępnikiem), chroni przed wolnymi rodnikami i działa antynowotworowo. Żałuję ,że tak mało jest jej do wyboru - właściwie w bardzo dobrej herbaciarni mogę dostać jedynie 3 smaki:( . Nie polecam picia białej herbaty z torebek ! Nie ma zupełnie smaku.





Mikstura bogów - starty imbir zalany wrzątkiem, plasterek cytryny i duża łyżka miodu, nic więcej! pychaaaa !!! 



W drugiej kolejności - Miód - naturalny, o rożnym smaku - gryczanym, lipowym ,malinowym  - u nas w domu miodu jest bardzo dużo ,zużywamy go właściwie do wszystkiego ,ale najczęściej do herbaty. ( białej oczywiście ;) ) Cukier posiadamy jedynie kokosowy.



Następne odkrycie to syrop z młodych pędów  sosny zrobiony przez Teściową ze 100% naturalnych  składników - działa profilaktycznie na przeziębienia ,gardło ,kaszel ,wzmacnia odporność ,pomaga zwalczać pierwsze objawy jesiennego choróbska. Najlepiej pić go 3-4x dziennie po łyżeczce.



I na koniec złote zasady : 
-  zdrowe jedzenie - dobrze by było ,aby pochłaniać 5 posiłków dziennie ,dużo koktajli ,warzyw ,ryb i trochę mięsa ; 
- ruch - nieważne ,że pada - zawsze można pójść na salę fitness albo na siłownię ,ale i tak jestem zwolennikiem hartowania organizmu na dworze ,mogę biegać nawet przy minus 15 . 
- sen - dużo snu , regularnego ,sypiam 7-8 h ,inaczej nie potrafię funkcjonować 
- i najważniejsze MIŁOŚĆ ! ciepło i bliskość kochanej Osoby :)




wtorek, 30 sierpnia 2016

Chorwacja "nie po polsku" część 3

Powoli zacierają się wspomnienia związane z wyjazdem, dlatego trzeba je szybko spisywać.
Po górskich przygodach należał się smażing, plażing , nuding - w naszym wypadku na plaży możemy spędzić maksymalnie dwa dni, potem przychodzi nuda.

MAKARSKA
W celu plażingu udaliśmy się tam, gdzie jest najwięcej Polaków czyli do Makarskiej - miejscowości typowo nastawionej na nadmorskie klimaty i wydawanie pieniędzy na bzdury.
Makarska jest celem wyjazdu wielu Polaków - jest ich tutaj po prostu ogrom, czasami wręcz się zastanawiasz czy ,aby na pewno jesteś za granicą bo język ojczysty pojawia się na każdym kroku.
Makarska ma kilka plaż - jedne są typowo kalifornijskie - z ratownikiem na podwyższeniu,  atrakcjami dla dzieci i dorosłych z głośną muzyką. My znaleźliśmy taką , na której było mało ludzi,a i woda była czysta pełna rybek i jeżowców - dlatego wskazana maska do nurkowania ,aby podziwiać podwodny świat oraz buciki do chodzenia po plaży i wodze, gdyż dno jest mocno kamieniste.
Makarską pamiętam jako miejsce totalnego luzu - leniwe śniadania na tarasie, potem opalanie i pływanie, czytanie książek w pełnym słońcu , wieczorem słuchanie szumu morza przy zachodzącym słońcu.


DUBROVNIK
Dubrovnik jest jednym z najpiękniejszych miast jakie kiedykolwiek widziałam w swoim życiu. Obowiązkowe  zwiedzanie dla każdego podróżnika. Urokliwe stare miasto ,z przepięknymi kamienicami, cudowne pomarańczowe zabudowy widziane z murów miasta, przepyszne lody, plaże na skałach w środku miasta, błękitna woda ze statkami ,które płyną nie wiadomo dokąd i skąd....poezja. Udało nam się ulokować w miejscu troszkę oddalonym od centrum ,ale blisko plaży - wieczorami chodziliśmy nad wodę i rozmawialiśmy o wszystkim i niczym.Powstały nowe plany na kolejne wyjazdy. Uwielbiam takie chwile.



ZAGRZEB
Ostatni punkt ma mapie Chorwacji należał do stolicy. Wpadliśmy wieczorem do miasta i byłam przerażona -  kompletny chaos, brudno ,szaro...jedynie katedra zrobiła na mnie wrażenie. Jednak jak to jest w  życiu pierwsze wrażenie bywa mylące i następnego dnia miasto wyglądało zdecydowanie lepiej  - poza wspomnianą katedrą ,urzekł mnie dworzec kolejowy oraz budynki muzeów i liczne kamienice. Widać ,że miasto potrzebuje jeszcze czasu na to ,aby wyglądać zdecydowanie lepiej - jest potencjał.


Każda podróż kształci i chociaż wiem ,że zdanie wyświechtane, to prawdziwe. Każdy wyjazd jest inny, raz sprawdza nasz charakter , innym razem uczymy się czegoś nowego. Dlatego podróżujmy, chociażby po to ,aby zachować chłonność umysłu i łapać chwile, bo wszystko pędzi zdecydowanie za szybko.