niedziela, 12 listopada 2017

Zdrowe i niezdrowe przekąski

Ostatnio mam trochę więcej czasu, więc mogę go poświęcić na kucharzenie, które również lubię ( ale bez przesady ;) )

Przygotowałam dla Męża ciasteczka , które robiłam według przepisu z książki ABC GOTOWANIA Mariety Mareckiej . Znam ją z programów na Kuchnia Plus i bardzo się cieszę ,że spisała swoje przepisy w książkach ( wyszły już 3 tomy). Lubimy gotować wg nich ze względu na prostotę i szybkość, dostępność produktów.




Przepis wrzucam w formie zdjęcia - myślę, że można się pokusić o zamianę kilku składników, aczkolwiek nie wiem czy wyjdą tak pyszne ( ja zamieniłabym masło na masło klarowane lub olej kokosowy,  mąkę pszenną na ryżową, cukier na miód lub kokosowy ewentualnie ksylitor ) .Spróbuję za jakiś czas je wykonać właśnie w wersji healthy i dam znać czy wyszły i co Jaca na to :)
My postanowiliśmy zamiast świątecznych  pierniczków w tym roku do naszych domów rodzinnych przywieźć własnie je - to będzie dobra okazji do tego ,żeby przetestować nowy zamiennik.


Druga przekąska to świetny dodatek do śniadań lub jako przekąska w ciągu dnia - sałatka, wg mojego przepisu :

roszponka, awokado pokrojone w kosteczkę, pestki słonecznika, sól himalajska i pieprz.
Dressing : oliwa z oliwek, z czosnkiem i koperkiem - ja zrobiłam ją sama, ale wiem ,że są też gotowe. Myślę, że można dodać też olej lniany , który jest niezwykle zdrowy.

Smacznego !

sobota, 11 listopada 2017

Połykam wiatr - zacierające się wspomnienia o Blanc'u


3 sierpnia Facebook przypomniał mi,ze minęło już 5 lat odkąd stanęłam na szczycie Mont Blanc. Przyznam, że coraz ciężej jest mi sobie przypomnieć szczegóły.

Decyzja o wyjeździe w Alpy była podejmowana długo, wcześniej przygotowania trwały pełną parą - udało mi się przebiec kilka maratonów, zmienić miejsce zamieszkania na inne miasto i inspirować przez cały miesiąc dzieciaki do zdrowego i aktywnego stylu życia na obozach fit i sportowych.  Często zmęczona  po pracy chodziłam na sekcje wspinaczkową, bo wiedziałam, że nie mogę porwać się z motyką na Księżyc. W każdym aspekcie chciałam być przygotowana. 


Pamiętam, że wyjazd zaplanowany był pod koniec lipca i trwał 3 tygodnie. Dzień  wyjazdu spędziłam w pociągu do Katowic ,skąd ruszała moja ekipa. Ekipa,którą poznałam właśnie o 5 rano na dworcu - ileż miałam w sobie odwagi, aby jechać w Alpy z nieznanymi sobie ludźmi, ale to w górach jest najfajniejsze, że wiesz, że są to takie same freaki jak Ty ,którzy krzywdy Ci nie zrobią.

Szybko się zaprzyjaźniliśmy, ja poznałam mojego ziomka od górskich wypraw Łukasza Muchę ,z którym byłam kilka lat później na Kazbeku  i Elbrusie. Dzisiaj Muszka realizuje dalej swoją pasje i jest w trakcie zdobywania Korony Ziemi. Mocno kibicuje i podziwiam !



Na przetarcie butów i sprawdzenie naszej kondycji a przede wszystkim po aklimatyzację wybraliśmy się na szczyt w Alpach włoskich - Gran Paradiso mierzący 4061 M n.p.m Był to mój pierwszy czterotysięcznik i pierwsze nocowanie w namiocie na wysokości ponad 3000 tys n.p.m.  Wszystko mi się podobało - mycie w strumyku, gadanie przed namiotem i w namiocie, dzielenie się pasjami i doświadczeniami, inspirowanie siebie nawzajem.
To wtedy dostałam propozycje współpracy, żebym została przewodnikiem górskim - kto wie jakby się potoczyły moje losy ,gdybym podjęła wtedy decyzje o tym, aby poświecić się górom....nie żałuje,
bo dzięki temu mam dzisiaj wspaniałego  Męża, który wspiera mnie w realizacji moich marzeń.
 Góry dalej są w moim życiu, na pewno byłabym lepsza ,ale nie miałabym tak cudownego życia jakie jest teraz. A i czas na górskie wyprawy się znajduje. Czuję pewnego rodzaju równowagę w życiu.


No ,ale do rzeczy. Włoska cześć Alp mnie  urzekła  - czułam jakbym oglądała na żywo reklamę czekolady Milka  - piękne, zielone szlaki, prowadzące na ośnieżone szczyty.
Droga była długa, ale cudownie się wędrowało  i patrzyło na świat,który budzi się do życia. Sam szczyt bardzo mały, znajduje się na nim "Maryjka", jak zresztą na większości szczytów we Włoszech. Pierwsze koty za płoty i zadowolenie z siebie 100%, mimo ,że powrót po wbijających się kamieniach w buty nie należał do przyjemnych. Foot massage, który moje stopy zapamiętały na długo.


Po dwóch dniach udaliśmy się do części francuskich Alp do słynnej i baaaaardzo drogiej miejscowości górskiej Chamonix, każdy szanujący się wspinacz i miłośnik gór, wie o jakiej miejscowości jest mowa. Prawidzwy sklepowy raj z górskim sprzętem, ale też kosmiczne ceny.
Mam stamtąd pamiątkę w postaci mojej pierwszej buffki , od tego czasu zawsze z wyjazdów górskich je przywoziłam.
Z naszej bazy,campingu ruszyliśmy do góry ,pierwszy przystanek był na wysokości 3167 mnpm w schronisku Tete Rousse.  W nocy przeżyłam pierwsza ,górska burze z piorunami i spadającymi z wysokości kamieniami. Ale namiot (  2 osobowy ,a śpisz w 3 osoby) i obecność kompanów ,a także zatyczki w uszach sprawiły, że dosyć szybko minął strach i na tyle, na ile się dało zasnęłam.


Rano po burzy nie było śladu ,a nas czekała nielada, pierwsza przeszkoda w postaci tzw.kuluaru spadających kamieni- jest to jedno z niebezpieczniejszych miejsc w czasie wędrówki - odcinek, który trzeba przejść dosyć szybko, bo często spadają na głowę kamienie o rożnej wielkości i z różną prędkością - po spokojnym i trochę ze strachem pokonaniu tego sławetnego  miejsca, ruszyliśmy do kolejnego campu, który mieścił się na wysokości ponad 4304 a mowa o Schronie Vallota ( po drodze zahaczając o schronisko Gouter)  to stąd widać szczyt Blanca - tego dnia miałam kryzys, było mi bardzo zimno i byłam okrutnie zmęczona, dodatkowo pojawiły się  objawy choroby wysokogórskiej, okropny ból głowy, na szczęście aspiryna pomogła.

Byliśmy pierwsi w schronie, wiec mogliśmy  się ładne ulokować, było już bardzo zimno,bo temperatura w środku  wskazywała poniżej 0. Cały czas piliśmy herbatę,jedliśmy kisiel i inne lio żarcie, żeby nabrać sił na ranek. Wstaliśmy o 4 , w nocy była burza i w schronie zrobiło się jakieś 60 osób, które szły w kierunku szczytu,ale burza ich zatrzymała,cześć z nich zawróciła ,cześć ruszyła przed nami, i Ci przetarli nam szlak. Sama droga z Vallota na szczyt nie była ciężka, jedyne co to trzeba było uważać na szczeliny ,których było całkiem sporo. Raniutko ok godz.9 stanęliśmy na szczycie - wg niektórych najwyższym  w Europie - już wyżej wejść się nie da !!!!


Do dnia dziejącego pamiętam ten niesamowity widok i budzące się słońce ,oraz przeraźliwe zimno w stopach :/ . To było niesamowite uczucie , spełnić swoje największe wtedy marzenie i dokonując czegoś niezwykłego dla siebie samej.

Po dwudniowym  powrocie , pojechaliśmy na wypoczynek na Lazurowe Wybrzeże - taka nagroda i reset dla ciała.  Nigdy natomiast nie zapomnę uczucia ,kiedy schodzisz z gór, brudny, śmierdzący i bierzesz kąpiel z pachnącymi kosmetykami, myjesz włosy i zęby, balsamujesz ciało i wycierasz się świeżym ręcznikiem - mam to za każdym razem - uczucie docenienia takich prostych rzeczy, które zostają Ci zabrane na jakiś czas. Kto nigdy  tego nie doświadczył,nie będzie wiedział o czym mówię.



Blanc  był przełomowy w moim życiu - mój kolega powiedział, że mam teraz dużo szczęścia na literkę M : Miłość ,( która mnie połączyła miesiąc później z moim obecnie Mężem ), Mont Blanc i koronę Maratonów, która zdobyłam w X .(kiedyś też o tym napisze ). Duży wysiłek dla organizmu, ale też masę szczęścia i poczucie, że warto spełniać marzenia .

Cała wyprawa dała mi ogromne poczucie siły i wiary w siebie ,ale wiedziałam,ze mogę to wszystko
osiągnąć tylko i wyłącznie za sprawa własnej konsekwencji , sumienności i chęci . Nie ma rzeczy niemożliwych, a wszystko o czym jesteś w stanie zamarzyć, znaczy, że  jesteś w stanie tego dokonać, ogranicza nas tylko wyobraźnia,strach i brak determinacji. A te rzeczy można przezwyciężyć pracą  nad sferą psychiczną i fizyczną.
Powodzenia w realizacji swoich marzeń ! A następny post górski o Dolomitach ;)



piątek, 6 października 2017

Idę w Porto


Porto to na chwile obecna , najpiękniejsze, najbardziej romantyczne i najbardziej przyjazne miejsce jakie odwiedziłam. Czułam się tutaj niezwykle dobrze ,wszystko było idealnie (może poza tym obrzydliwym pająkiem). 

Do Porto dotarliśmy autobusem z dworca z Lizbony - zdecydowała cena ,a czas przejazdu o czym pisałam wcześniej to tylko 30 minut dłużej. Przemierzając drogę z dworca do hotelu , trochę byliśmy rozczarowani....pędziliśmy przez brzydkie ulice i nawet skomentowaliśmy to tym, że na ta chwile Lizbona jest ładniejsza. Lekkie rozczarowanie pojawiło się na naszych twarzach. 


Od razu po zameldowaniu ruszyliśmy do serca Porto....i ......zaniemówiliśmy... Miasto okazało się przepiękne, przeurocze a my śmialiśmy się z siebie, że oceniliśmy je po pierwszym wrażeniu (jak to w życiu ). Nie bez powodu wpisane jest na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego UNESCO.



Jedzenie wyśmienite, klimat przeuroczy, a wino Porto....wyborne. I tutaj skupie się na ich szlagierowym trunku jakim jest wspomniane porto. Koniecznie jak tutaj przyjedziecie musicie odwiedzić jedna bądź dwie winnice ,gdzie zobaczycie bardzo dokładnie jak się robi to cudowne wino oraz skąd się w ogóle wzięło. My byliśmy w Taylor's  -niezwykle elegancko i profesjonalnie poprowadzona wycieczka z audioguidem zakończona degustacją win w pięknym,zielonym ogrodzie,po którym spacerują dumne  pawie.




Wydaliśmy fortunę w ich sklepie firmowym i gdyby nie mój ! Uwaga mój ! Zdrowy rozsądek przez Jace do końca wakacji jedlibyśmy  tynk z bloków i pili wodę z rzeki. Bo mój Mąż oszalał ( prawie jak ja na shoppingu ). Oczywiście musiałam przysięgać ,ze jeszcze tutaj wrócimy i będzie mógł sobie kupić  swoje wymarzone Taylor'sy Vintage  (chociaż i tak przywieźliśmy do Polski mnóstwo wina,które u nas jest swoją drogą  bardzo drogie). 



Poza winnicami obowiązkowo zwróćcie uwagę na dworzec Sao Bento , który jest wyłożony charakterystycznymi płytkami z Porto "azulejos"  - błękitno -białe wzory przedstawiające najważniejsze wydarzenia z historii miasta. Niezwykle urzekające i ładnie wychodzą na zdjęciach ;) 


Od razu traficie do dzielnicy Riberia ,która jest sercem starego miasta ,wieczorem jest tutaj bardzo romantycznie,ale też mnóstwo turystów. Bliskość rzeki i restauracji wpływa na integracje. Porto ma dużo małych, krętych uliczek ,po których lubiliśmy się włóczyć bez celu dochodząc zazwyczaj do bardzo fajnych zabytków. Jaca lubi zwiedzać wszystko z przewodnikiem wg wcześniej zaplanowanej trasy, ja uwielbiam iść tak jak mnie nogi poniosą, dlatego jeden dzień zawsze działamy wg planu a drugi na "przypał".

Porto nie jest zawalone zabytkami ,wiele z nich zrobicie w ciągu dwóch dni ,bez stresu- na pewno trzeba się przygotować na kolejki do Palacio da Bolsa oraz na wieże widokową.Reszta umiarkowanie.



Polecam posiedzieć i pomarzyć w parku przy Jardins do Palacio de Cristal.

My pojechaliśmy jeszcze do Guimaraes - miasteczka ,które było pierwszą stolicą Portugalii,od Porto położone jest ok.50 km ,z dworca bardzo łatwo można się tam dostać pociągiem. Bez wapienia na uwagę zasługuje starówka z szerokimi alejami i zabytkowymi  kamienicami. Udało nam się wejść do Klasztoru Matki Boskiej Oliwnej, który po raz pierwszy w kaplicy sprawił, że  poczułam się bardzo dobrze - w tle leciała śliczna ,nastrojowa,instrumentalna muzyka,mimo tłumów panował ogromny spokój i skupienie .Czy tak nie mogłoby być w każdym kościele ? 

Zwiedzanie miasteczka zakończyliśmy Pałacem Książąt Bragancy. 

Ostatni wieczór w Porto umilała nam wędrówka kilkukilometrowa z nad płazy ( do której dojechaliśmy ich metrem -wg mnie to tramwaje ) ,a później szliśmy wzdłuż rzeki Douro racząc się Porto. Wieczór magiczny,cudowny, marzycielski , pełen zapewnień ,ze na pewno jeszcze tutaj wrócimy.....

środa, 27 września 2017

Portugalia część pierwsza LIZBONA i okolice



Już kilka razy przekładaliśmy wyjazd do Portugalii,zawsze wybierając inny kierunek.W tym roku tez mieliśmy wyruszyć po raz kolejny  na greckie wyspy,ale ostatecznie wyjazd nie wyszedł, więc siłą woli trzeba było ruszyć na półwysep iberyjski. I w żadnym wypadku nie żałujemy.Jesteśmy zachwyceni i totalnie zakochani w tym kraju.

Komunikacja
Uwielbiamy podróżować sami,a nie z biurem podróży,mamy wtedy swobodę przemieszczania się i decydowania o wszystkim. Nasza decyzja była taka,że lecimy z Warszawy z lotniska Chopina do Lizbony i tam spędzamy kilka dni zwiedzając okoliczne miejscowości i oczywiście samą stolice Portugalii. Minus był taki,ze wylądowaliśmy ok 1 czasu polskiego ( u nich była 24). Lądowanie było urokliwe,gdyż lotnisko znajduje się w środku miasta i samolot przelatuje nad rozświetlonymi dzielnicami Portugalii.
Lotnisko praktycznie nie żyło ,gdzie nie gdzie spali turyści oczekujący  na lot. My dość sprawnie odebraliśmy bagaże i ruszyliśmy na autobus miejski ,który podwiózł nas pod sam hotel. Klimat w nocy w tego typu środkach transportu sami wiecie jaki jest - podpici lub wracający z pracy ,ale głównie z imprez ludzie. Przystanki są słabo oznaczone,znajdują się w tak absurdalnych miejscach np.na zakręcie, system głosowy (przynajmniej w nocy ) nie istnieje, bilety dość tanie ,które można kupić u kierowcy. Trochę byliśmy zdezorientowani w tym autobusie,jednak poprosiliśmy kierowcę, aby powiedział nam gdzie mamy wysiąść i tutaj moje wielkie pozytywne zaskoczenie - naród portugalski jest niezwykle sympatyczny ,uczciwy i pomocny.


Po samej Lizbonie poruszaliśmy się pieszo,mimo,ze są 4 linie metra i oczywiście słynne tramwaje ,o których trochę niżej.
Na plaże do Carcavelos udaliśmy się pociągiem podmiejski i tutaj uwaga ! Na dworcu Cais do Sodre działały tylko 3 biletomaty ,a ludzi do wyjazdu było dosłownie setki. Każdy cierpliwie czekał w kolejce ok. 1h ,przy samym zakupie obecny jest człowiek ,który informuje o biletach i pomaga je kupić. Warto zatrzymać kartę przejazdową,którą otrzymujemy  za pierwszym razem,ponieważ przyda się ona do późniejszych jazd- po prostuj ją później doładowujemy. Ale nie wyrzucajcie ich ,gdyż przy wyjściu z metra czy dworca,trzeba ponownie przyłożyć ja do bramki,aby ta się otworzyła. Jak dla mnie głupie rozwiązanie,które powoduje ogromny chaos i ciagłe czekanie.


Do Sintry również udaliśmy się pociągiem,ale już z Sintry do Caro  autobusem kursującym między miastami o numerze 403. Potem tym 403 na najbliższy dworzec ,z którego odjeżdżają kolejki podmiejskie do Lizbony.
Komunikacja jest dość przystępna,ale rozwiązania są kuriozalne i wręcz absurdalne.Trzeba zwrócić jednak honor ,bo zawsze są ludzie, którzy słuzą pomocą.
Z Lizbony do Porto początkowo mieliśmy jechać pociągiem,jednak bilety są dość drogie - kosztują ok.37 euro od osoby,jedziemy 3 h. Autobusem jedziemy 30 minut dłużej ,a bilet kosztuje 20 euro.


Co warto zobaczyć ?
Pierwszego dnia zwiedziliśmy najciekawsze i najbardziej znane zabytki Lizbony :
Praca do Martin Moniz gdzie znajduje się kogut -symbol Portugalii ( zachęcam do zapoznania sie z legendą).








Główna ulice wraz z pałacem i placem - Praca do Rossio - wokół niego jest jeden z najstarszych sklepów z kapeluszami -sama rodzina królewska od wielu lat zakupuje tam nakrycie głowy .






Praca do Municipio - plac na którym jest najlepsza sangria zrobiona z masą różnych owoców ( nie tylko cytrusów ) - polecamy kafejkę Bananacafe. Prawie każdy wieczór spędzaliśmy właśnie tam.





Zachęcam do zobaczenia również bulwarów nad rzeką  Tag -  jest tam niezwykle romantycznie ,a szum fal zdecydowanie uspokaja i pozwala odpocząć przed kolejnymi wędrówkami.






 Lizboński zamek św. Jerzego na Alfamie -  z przepięknymi ogrodami i widokami na miasto.





Kolejnego dnia pojechaliśmy na plaże  Carcavelos z cudnym piaskiem ,ocean okrutnie zimny, ja nie dałam się namówić na pływanie ,tylko zmoczenie, ale Jaca dzielnie oddał się uciesze wodnej.
Tego dnia była nasza trzecia rocznica ślubu ,więc udaliśmy się do jeden z knajpek w której serwowali owoce morza i muzykę fado na żywo. Przepiękny,czuły ,uroczy wieczór.....






Ponieważ tempo  zwiedzania mamy szybkie ,to po zapoznaniu się z Lizboną ,ruszyliśmy penetrować okolice i tak wylądowaliśmy w Sintrze  miejscowości wypoczynkowej władców  Portugalii. Miasteczko urocze aczkolwiek mocno zatłoczone .Celem wycieczki była sieć pałacu Pene i zamek Maurów,do których  udaliśmy się na piechotkę przez "tajemniczy ogród".  Już po fakcie dowiedziałam się ,że prawdopodobne pod ogrodem są podziemia. Sam zamek Pene jest przepiękny pomieszane style architektoniczne, barwne kolory i dopracowane szczegóły sprawiają że wgląda bajkowo.

Wracając z Sintry zahaczamy o Cabo da Rocka miejsce ,gdzie znajdował się  koniec świata , podróżnicy myśleli,że dalej nic nie ma, aż się pojawił jeden śmiałek i udowodnił,że masę globu jeszcze do odkrycia.  Widok zapiera  dech w piersiach ,można tam  siedzieć i napałać  się widokiem,ale pod warunkiem,ze macie ciepłe,ubrana,bo wieje okrutnie. Bez wątpienia Cabo de Rocka jest obowiązkiem każdego turysty.Na pewno nie pożałujecie .A miłośnicy fotografii będą wniebowzięci.


Kilka dni minęło bardzo szybko ,na pożegnanie z tą częścią Portugalii udaliśmy się do najsławniejszej restauracji w mieście.  Anegdotka : każdego dnia przemierzaliśmy naszą ulice i widzieliśmy ,że czeka przed pewnym lokalem o nazwie Ramiro mnóstwo ludzi ,w końcu wklepaliśmy w google o co chodzi -  okazało się ,że mamy pod nosem, niezłe cudo.
Nie mogliśmy nie skorzystać z takiej okazji .....czekaliśmy w kolejce ponad godzinę. Na samym początku pobierasz numerek i czekasz aż twój wywołają ,spryciarze od marketingu jednak nie dają numerów po kolei  ,gdyż zapewne wiele klientów zrezygnowałoby,więc cierpliwie czekasz....
 Mimo nudy  późniejsze gry w quiz historyczny,który sami sobie wymyśliliśmy -  było warto ...
Nigdy nie jadłam cudowniejszych krewetek,małż i muli......coś pięknego i niesamowitego.
Na kraba się nie odważyliśmy,ale wszytsko przed nami! Polecam ,bardzo bardzo polecam.

A następnego dnia plecak  na garba  i ruszyliśmy do najpiękniejszego miasta jakie do pory widziałam .....o nim w następnym poście.







wtorek, 2 maja 2017

"Bo ja drogę lubię długą, długą....bo ja wolę ufać własnym nogom" - GÓRY akt 2

Trochę mi zeszło z poukładaniem wszystkiego co chciałabym napisać o górach i pewnie jeszcze to potrwa,ale mam tak mnóstwo wspomnień górskich,że zwyczajnie nie wiem co pisać :)

Ostatnio rozważania skończyłam na wejściu na najwyższy szczyt Tatr w Polsce - Rysy. Kolejny sezon to wypad z grupą znajomych na Orlą Perć - dla niewtajemniczonych najtrudniejszy i najniebezpieczniejszy  szlak w Polsce, prowadzący przez stoki,granie, szczyty, przełęcze.
To najdłuższy graniowy szlak w naszym kraju. I muszę powiedzieć ,że to był wyczyn. Taki z którego byłam później dumna.


Orlą Perć można przejść albo etapami ,albo po całości - my porwaliśmy się na drugą opcję, bardziej hardcorovą. Spaliśmy w schronisku w Murowańcu, tak ,aby ruszyć skoro świt na górską przygodę. Zaopatrzyliśmy się w wodę, której okazało się za mało - na szczęście, znaleźliśmy górskie strumyki, z których czerpaliśmy źródło nawodnienia organizmu. W plecaku oprócz wody, coca - coli są też kanapki i słodycze. Nie lada wyczyn przed nami więc trzeba się zaopatrzyć. Szło się całkiem nieźle, aczkolwiek nie oszukujmy się kondycję trzeba mieć, raczej człowiek ,który nie uprawia żadnego sportu, wymięknie.


Droga przez szczyty jest cudowna,  mijamy turystów w różnym wieku, zmierzających albo tak jak my w stronę Orlej albo na poszczególne szczyty. Ciągle idziemy, praktycznie zero odpoczynku, wiemy ,że pogoda w górach zmienia się ok. 13, więc gonimy ile sił w nogach.
Szlak jest wymagający - niezbędne są rękawiczki, tak ,aby nie poranić sobie o skały i łańcuchy dłoni, raczej na siniaki na nogach trzeba się przygotować. Przy samej końcówce jest mini przepaść, która mimo wszystko robi wrażenie, ponieważ trzeba zrobić duży krok lub ją przeskoczyć. Niestety w historii szlaku wpisały się też przypadki śmiertelne. Na pewni przed wyjściem na Orlą trzeba sprawdzić pogodę, w przypadku burzy , może się cała wycieczka skończyć tragicznie. Ponieważ kompletnie nie ma się tam gdzie schować ,a bliskość łańcuchów i metalowych drabinek nie pomaga sytuacji. Przeżyłam burzę w drodze na Kazbek i uwierzcie mi - nie chcę więcej tego powtarzać. Była to jedna z najstraszniejszych chwil w moim życiu.
Po prawie 9h , a może 10 h marszu udało nam się skończyć szlak. Tuż przed zmianą pogody - co widać na zdjęciu. Wykończeni, już po zmroku docieramy do schroniska, pijemy pokrzepujący złoty napój, rozmyślamy o tym czego dokonaliśmy  i zasypiamy....szczęśliwi i spełnieni.




Tatry są magiczne, piękne,potężne, niedostępne i niebezpieczne. A mimo to uważam ,że w Polsce nie ma wspanialszych gór. Jeżdżę tam dosyć często, jeden z ostatnich wypadów był z paczką znajomych, udało nam się wtedy fajnie podzielić , każdy działał tak jak się czuł na miarę swoich możliwości. My z Jacą weszliśmy na Kościelec, poprzedniego dnia z Agą na Kasprowy i dalej na Świnicę.  A reszta znajomych na Sarnie Skałki, Nosal i inne. W Tatrach każdy znajdzie dla siebie odpowiednią górę i też dokona wyczynu, pokona swoje słabości lub zwiększy możliwości.
A kiedy w Tatry ? Mam nadzieję ,że uda się w czerwcu. Trzymajcie kciuki ! :)

poniedziałek, 27 lutego 2017

Milano Italiano


W tym roku na zimowy urlop wybraliśmy się do Mediolanu. Jest to już nasz 4 raz w Italii. Wybór padł akurat na stolice Lombardii z dwóch względów - tanie loty ( za bilety w dwie strony zapłaciliśmy po 186 zł od osoby,pewnie da się znaleźć taniej ) oraz dlatego, że przytłoczeni zbyt długą zimą w Polsce, szukaliśmy chociaż odrobinę słońca i ciepła. Z tym drugim udało nam się w 100 %, przez 3 dni pobytu słońce świeciło non stop na bezchmurnym niebie, temperatura wynosiła 15 stopni i bardzo często ściągaliśmy kurtki.



Dzień Uno

 Rozpoczęliśmy pysznym śniadaniem i od razu ruszyliśmy zobaczyć fresk  Leonarda da Vinci  "Ostatnia Wieczerza".Bilety zakupiłam jeszcze w Polsce przez internet. Ważne ponieważ kiedy się ich nie posiada to nici z obejrzenia tego wspaniałego działa sztuki. Za bilet zapłaciłam od osoby 96 zł ,plus były w tym wejściówki do katedry i muzeum Duomo . Jeśli chodzi o samo wejście do miejsca gdzie znajduje się  fresk, jest to dosyć skomplikowana procedura. Grupy są wpuszczane co 20 minut, należy przejść przez dwie pary drzwi zabezpieczeń, w każdym czekając ok. 2 minut na otwarcie kolejnych drzwi.  Można spokojnie kontemplować przez określony czas dzieło Leonardo. Myślę ,że za jakieś kilkadziesiąt lat nie będzie co oglądać bo tynk odpada, a okazało się,że jest to wina samego Da Vinci, który za szybko położył farbę na niewyschnięty tynk.
Fresk robi wrażenie, ale jak się później okazało ,dużo większe zrobił na mnie obraz Caravaggio "Wieczerza w Emaus".Przepiękne dzieło. 






Następnie udaliśmy się na Plac Katedralny i od razu wbiło nas w ziemie. Katedra robi piorunujące wrażenie, jest zachwycająco piękna, dopracowana w każdym calu (jednak nadal nie przebiła Sagrady Familii ). Mogłabym na nią patrzeć i patrzeć,do tego stopnia mnie zauroczyła, ze wyciągnęłam Jace następnego dnia ,aby jeszcze raz się pozachwycać. W środku nie jest już tak piękna, ale nam się udało trafić na słoneczną pogodę, dlatego witraże wyglądały niezwykle magicznie.
Jest możliwość wejścia lub wjechania na dach katedry,aby obejrzeć panoramę miasta. My oczywiście ruszyliśmy step by step i był to dobry wybór.Na górze okazało się,ze jest równie pięknie. Najważniejsze zabytki zlokalizowaliśmy, posiedzieliśmy w słońcu,pomarzyliśmy i ruszyliśmy dalej.



Obok katedry znajduje się najstarsze centrum handlowe  chyba w  całej Europie.Jest to piękny,zabytkowy budynek,w którym mieszczą się butiki samych najlepszych i najbardziej znanych projektantów ,nie tylko tych z Włoch. Nie bez powodu mówi się ,ze Mediolan to stolica mody.Potwierdzam w 100 %.Włoszki i Włosi "noszą się" niezwykle elegancko, na porządku dziennym są futerka, płaszcze, poncha i obowiązkowo markowa torebka Louis Vuitton, Michaela Korsa,Liu Jo ,Calvina Kleina czy inne. A no i kapelusze, które uwielbiam. To wszystko stanowi niesamowity szyk i klasę.



Zwiedziliśmy muzeum sztuki sakralnej i poszliśmy korzystać z uciech kuchni włoskiej - pizza ,jakiej w życiu nie jadłam i do tej pory nie wiem co w niej było,bo karta była tylko po włosku,wino,ser i smaczne oliwki....moje podniebienie cieszyło się  jak dziecko, co prawda po trzech dniach tejże, niestety jednak ciężkiej kuchni żołądek cierpiał....ale było warto.

Dzień due

Rozpoczęliśmy do spaceru do Zamku Sforzów, sam budynek z zewnątrz wygląda okazałe, ale na pewno nie robi takiego wrażenia jak Wersal. Zwiedzanie jest dosyć tanie, koszt 5€ .W środku można zwiedzać różne wystawy z przeróżnych epok, my nauczeni doświadczeniem, najpierw wybieramy to co chcemy zobaczyć a potem to co by wypadało a na końcu już jak nam się chce. 
Przede wszystkim nie mogliśmy nie zobaczyć Piety Michała Anioła. Jest to rzeźba, której artysta nie dokończył,stąd też jego wielka popularność. 



Potem udaliśmy się do parku i tak na ławce spędziliśmy długie godziny, wygrzewając się jak kociaki na słońcu.Ach! jakże to było nam potrzebne! Tak nic nie robić i po prostu wyłączyć wszelkie myślenie. Po tym lenistwie poszliśmy zobaczyć Łuk triumfalny, który dla samego siebie wybudował nasz boski cesarz Napoleon. I muszę przyznać,ze był to jeden z piękniejszych łuków jakie widziałam do tej pory.



Jak Włochy to muszą też być włoskie lody i na takie się udaliśmy, co prawda wieczorem była wizyta w Farmacii ,bo śliny nie dało się przełknąć, ale inaczej nie miałabym zaliczonej Italii. Lody są jedynym pożywieniem, które mogę jeść w liczbie nieograniczonej i jedynym, który podjadam od innych.

Dzień Tre

Na koniec tripa zobaczyliśmy Bergamo. Miasteczko oddalone o kilkadziesiąt kilometrów od Mediolanu jest urocze, klimatyczne i ciepłe. Stare miasto pozwala na błądzenie pomiędzy wąskimi uliczkami, siedzenie w słońcu pod Biblioteką, czy zajadanie kolejnej pizzy na schodach urokliwej kamieniczki. 
Katedra znajdująca się w samym sercu Bergamo jest piękna. W środku natomiast przeraźliwie zimno i mroczno. 
Najcudowniejsze chwile spędziliśmy na zamku, który znajduje się na samym wzgórzu ,wspinając się na szczyt oglądaliśmy panoramę miasta, a już na samym szczycie, w jego ogrodzie, siedzieliśmy w słońcu opalając buziaki , rozmyślając i zaczytując się w książkach. Beztrosko. Wspaniale. Uroczo....










sobota, 4 lutego 2017

Akcja regeneracja

Ostatnio mam za zadanie nauczyć się odpoczywać i relaksować. Okazało się ,że jest to niezwykle trudne.
Jako formę relaksu i odpoczynku zrobiłam dzisiaj dzień spa dla ciała i twarzy.
Pewnie kiedyś zrobię dokładny opis pielęgnacji twarzy , chociaż nie jest on jakiś odkrywczy, bo staram się trzymać metody koreańskiej. Ale mogę podzielić się kosmetykami , których  używam i polecam.

Wielką przyjemność sprawiają mi wszelkiego rodzaju peelingi i maseczki do twarzy i ciała. Dzisiaj po raz pierwszy użyłam białej  glinki francuskiej do zrobienia samodzielnie. Glinkę zakupiłam w biomarkecie ( w którym od czasu do czasu zaopatruję się kosmetyki) ,kosztowała ok 7 zł. Dodałam do niej wodę i olejek arganowy , którym czasem nawilżam na noc buzię. Minusem glinki jest to ,że się mocno kruszy i można pobrudzić sobie mieszkanie( jeśli wykonuje się glinkowanie całego ciała)
Po zabiegu twarz i ciało mocno wyczyszczone i gładkie , wskazane dodatkowe nawilżenie ciała.



Używam od czasu do czasu węglowej maseczki himalajskiej z The Body Shop, cena ok. 90 zł , na bardzo długo wystarcza i bardzo dobrze złuszcza, oczyszcza i detoksykuje  całe ciało. Ja stosuje również na twarz. Czytałam ,że taką maseczkę można wykonać w domu samodzielnie. Jeszcze nie próbowałam. Jedynym minusem jest to ,że trudno się ją zmywa z ciała ,a druga sprawa dotyczy tego , że  brudzi wannę/prysznic - później wielkie szorowanie.


W biomarkecie  do oczyszczania zakupiłam również korund kosmetyczny - koszt ok 5 zł , jest to baza pod samodzielnie wykonany peeling, jej skład to  tlenek glinu , który jest stosowany w salonach kosmetycznych do mikrodermabrazji. A sami wiemy ,że bardzo dobrze oczyszcza,złuszcza,usuwa martwy naskórek i  poprawia krążenie skóry Nie stosować często , bo można sobie uszkodzić skórę.

Gustuję w maseczka z firmy Avon Planet spa , mam właściwie wszystkie - energetyzujące, odżywcze, rewitalizujące,nawilżające, oczyszczające,odprężające..... używam 2 razy w tygodniu. Wcześniej zazwyczaj robię peeling enzymatyczny. Lubię ten z ZIAJI.

Ale tak najbardziej to lubię te maski, które są w płachtach. Cieszę się ,że są już teraz tak bardzo dostępne. Najczęściej kupuję w TK Maxx lub Super Pharmie.

Dbajcie o buziaka, w każdej porze roku :)